ZDANIEM AUTORÓW

Zdaniem autorów, marksizm nie tylko nie stanowi alternatywy względem liberalizmu, ale wręcz prezentuje szczególnie dojrzałą, choć zarazem specy­ficzną jego formę. Podobnie jak inne odmiany liberalizmu, mai ksizm propo­nuje wyzwolenie człowieka przez wyzwolenie go od obiektywnej, wiążącej go moralnie, prawdy o nim samym. Do takich konkluzji doprowadziła autorów zwłaszcza lektura tekstu K. Marksa Przyczynek do heglowskiej krytyki filozofii prawa – Wstęp, do którego ważny komentarz zawierają słynne Tezy o Feuerba­chu. Perspektywa soteriologiczna jest w Przyczynku niezwykle silnie zaryso­wana. Skoro zaś perspektywa ta w marksizmie ma tak wielkie znaczenie, to wolno przypuszczać, że leżący u jej podstaw obraz człowieka uwydatnia szcze­gólnie doniosłe tezy antropologiczne, które mogą wprawdzie być dopełnione innymi spojrzeniami na człowieka, nie mogą być jednak przez nie uchylone.Jeżeli odczytanie koncepcji człowieka i programu jego wyzwolenia zawar­tych w Przyczyriku i w Tezach, a popartych innymi tekstami klasyków marksiz­mu, jest trafne, to wynika stąd, że walka liberalizmu indywidualistycznego z liberalizmem kolektywistycznym (a dokonuje się ona, niestety, nie tylko na naszych oczach, ale i naszym kosztem) jest walką wewnątrz jednego stanowis­ka, które w przekonaniu autorów naznaczone jest tym samym podstawowym błędem: zgubną — choć kuszącą — wizją człowieka-autokreatora, „uwolnione­go” od więzów zobowiązującej moralnie prawdy o nim.

OKREŚLENIE ISTOTY CZŁOWIEKA

Ale na tym podobieństwa zdają się kończyć. Programy soteriologiczne chrześcijaństwa i marksizmu muszą być różne na miarę różnicy w określaniu istoty człowieka — koniecznie implikowanej przez programy — oraz istoty najbardziej go niszczącego zła. Podstawowe źródło odmiennych antropologii upatruje się zazwyczaj w rozbieżności między ateistyczno-materialistycznymi a teistyczno-pluralistycznymi przesłankami obu systemów. Nie przecząc tej różnicy i jej doniosłości, autorzy tych rozważań pragną zwrócić uwagę na inną, pod pewnymi względami bodaj jeszcze bardziej podstawową kontrower­sję, dzielącą oba sposoby myślenia o człowieku. Dotyczy ona stosunku czło­wieka do prawdy o nim i wyrazić ją można pytaniem: czy człowiek wyzwala się jako człowiek wtedy, gdy dowolnie tworzy prawdę o sobie, czy też wtedy gdy się nią – aktami wolnej decyzji – kieruje? Sugerowana powyższymi pytaniami dychotomia stanowisk zdaje się od­dzielać raczej antropologię liberalistyczną od klasycznej filozofii człowieka, jeżeli za charakterystyczne dla liberalizmu uzna się przekonanie o swoistym prymacie wolności względem prawdy, w imię którego człowiek jest zdolny a nawet powołany — do tego, by dowolnie kreować siebie, tworząc prawdę o  sobie. Sam marksizm zdaje się raczej pretendować do swoistego „tertium” między nimi. Czy więc pytanie to istotnie różnicuje soteriologię i założoną przez nią antropologię chrześcijańską od marksistowskiej?

W CYWILIZOWANYM ŚWIECIE

Poza tym trzeba pytać, czy jest już gdzie­kolwiek w tzw. cywilizowanym świecie konstytucja, która mogłaby stanowić dla Polski gotowy model, gotowy wzorzec do przyjęcia, w tym najważniej­szym dla Konstytucji miejscu, o jakim tu mowa? A jeśli takiej konstytucji jeszcze w świecie nie ma, to czy tworząc nową Konstytucję, Polacy tworzą ją tylko dla siebie? Oto także powód, dla którego aksjologia stojąca u podstaw historycznej deklaracji rządu Rzeczypospolitej Polskiej z 5 maja 1939 roku zasłużyła sobie na uroczysty wpis do tej par excellence „solidarnościowej” Konstytucji, Konstytucji, której niejako przeznaczeniem jest stać się spadko­bierczynią tego, co najszczytniejsze w naszej historii, i bramą, która otwiera ludzkości drogę ku przyszłości na miarę prawdy o godności człowieka. Obyś­my nie przeszli obok wyzwania tej dziejowej chwili. Nie do pomyślenia jest etyka bez soteriologii rozumianej jako teoria zbawienia człowieka. Kto bowiem formułuje normy postępowania, ten uznaje, że ich respektowanie pozwoli człowiekowi uniknąć grożącego mu zła. W niektórych jednak systemach etycznych perspektywa soteriologiczna rysuje się szczególnie ostro, by nie rzec — dramatycznie. Do takich systemów należą m.in. marksistowska i chrześcijańska doktryna moral­na. W obu tych — skądinąd diametralnie się różniących — nurtach myślenia o  człowieku uznaje się, że zło zagraża nie tylko człowiekowi, ale że aktualna kondycja ludzka jest dosłownie śmiertelnie zarażona złem. Nie wystarczą więc tylko roztropne rady, których stosowanie pozwoli uniknąć różnorodnych uciążliwości życiowych. Zarówno Chrystus, jak i Marks wzywają człowieka, by radykalnie zmienił swe dotychczasowe status quo, jeśli nie chce zginąć jako człowiek.

 

HONOR I OBOWIĄZEK

Nie można na koniec nie wspomnieć o jeszcze jednym szczególnym zobo­wiązaniu, jakie biorą na siebie Polacy tworząc dla siebie konstytucję ze świa­domością, że winna ona definitywnie przesądzić o losach totalitaryzmu. Wy­daje się mianowicie, że Polakom przysługuje honor i obowiązek złożenia wobec Europy i świata uroczystego świadectwa zasadzie Homo homini homo. Z jej wszak powodu stali się oni — nie tylko oni, choć oni pierwsi w 1939 roku! — ofiarą agresji totalitarnych potęg. Zwycięstwo odniesione przez Pol­skę w walce z przemocą, programowo wykluczającej użycie przemocy, doma­ga się wygrania tego zwycięstwa do końca i dla wszystkich. Polska ma więc szczególne prawo i obowiązek dobitnego pokazania Europie i światu istoty tego zwycięstwa i zarazem potęgi tej broni, za pomocą której zostało ono odniesione: potęgi świadectwa składanego prawdzie. Świat, który deklaratyw­nie potępia totalitaryzm, i jego broń: zakłamanie i zniewolenie, jest bowiem światem, którego wciąż jeszcze zdaje się nie razić takie słowo, jak „mocar­stwo”, „supermocarstwo”, „strefa wpływów” czy nawet – co szczególnie nie­pokoi – słowo „decyzja sumienia”, gdy znaczyć ma moc („wolność”!) wydania wyroku na zabicie człowieka niewinnego. Czy nie tu właśnie gnieździ się najgłębiej ukryty totalitaryzm!?

DLA PEWNOŚCI

Może więc trzeba to — dla pewności — wyeksponować w ustawie zasadniczej? Respekt dla człowieka jako człowieka byłby bowiem fikcją, gdyby w pierwszym rzędzie nie obejmował jego życia jako wartości stanowiącej fundament, na którym dopiero wznosi się cała „reszta” człowieczeństwa, łącznie z tym, co w człowieku najwyższe: jego – związana jedynie prawdą — wolność. Poniekąd więc alfą i omegą całego porządku legislacyjnego jest prawne zabezpieczenie wartości życia ludzkiego: primum vivere. Oto dlacze­go Homo homini res sacra.Wydaje się tedy, iż tak pojęty i ujęty zapis aksjologiczno-normatywny zawiera w sobie wszystko, co konieczne i co zarazem wystarcza dla określenia autentycznego „ducha praw” Rzeczypospolitej, czyli tego właśnie, dzięki czemu wszelkie prawo stanowione godne jest w ogóle swego własnego imie­nia, zaś państwo, które je stanowi, strzeże go i nim rządzi, godne jest nazwy obywatelskiego państwa prawa, państwa prawo-rządnego. Z tej — naczelnej perspektywy patrząc, wszystko inne, co składa się jeszcze na corpus ustawy zasadniczej, staje się wehikułem tej jednej jedynej sprawy: by żył i mógł się rozwijać człowiek. Oczywiście, od jakości konstrukcji wehikułu zależy, jak nim pojedzie pasażer, dla którego jest on budowany. Rzeczą ekspertów prawa konstytucyjnego jest więc, by był to pojazd — pod wszelkimi względami — pierwszej klasy.

NA ZASADZIE KORELACJI

W ujęciu tym spotykają się – na zasadzie korelacji – aspekt przedmio­towy (homo homini res sacra) i aspekt podmiotowy (homo homini homo) problemu. Prawodawca apeluje tu w imieniu człowieka jako przedmiotu działania (przedmiotu, który tym się właśnie odznacza, iż jest zarazem pod­miotem: res sacra!) do człowieka jako podmiotu działania, wyrażając swe zatroskanie (jako ten qui curat communitatis habet) o nich obu. Uderzenie w dobro fizyczne drugiego jest bowiem samobójczym ciosem moralnym w samego siebie. O aksjologiczną świadomość tej właśnie korelacji tu chodzi i o danie jej prawnego, najbardziej uroczystego wyrazu poprzez zapis w Kon­stytucji. Najważniejszą zaletą tej formuły wydaje się jednak to, że nie wymaga ona właściwie komentarza. Zawiera on się bowiem już w samej jej treści. Trzeba oczywiście — ale i wystarcza — tę treść zobaczyć. Czy trzeba kogoś, kto treść tę dostrzega, jeszcze przekonywać, że formuła ta musi znaczyć: „Omnis homo omni homini homo”, „Każdy człowiek każdemu człowiekowi — człowiekiem”? Że już sama próba usprawiedliwienia wyjątku oznacza jej przekreśleąje lub co gorsze — jej kompletne niezrozumienie (por. Talleyranda: „Panowie, to gorsze od zbrodni. To błąd!”)? Słusznie więc zwraca się uwagę, iż „kamieniem probierczym” obywatelskie­go państwa prawa (państwa praworządnego) jest to, czy zabezpiecza ono prawa mniejszości: narodowych, wyznaniowych, a także „mniejszości naj­mniejszych” (których najłatwiej nie zauważyć, ponieważ nie widzi się jeszcze ich twarzy).

USTAWOWE GWARANCJE

Chodzi o ustawowe gwarancje, które uniemożliwią dokonanie na obszarze Rzeczypospolitej gwałtu na (praw­dzie o) człowieku z powołaniem się na prawo stanowione przez państwo i na jego autorytet, chodzi o taki konstytucyjny zapis, który wykluczy możliwość posłużenia się prawem stanowionym dla pogwałcenia prawa, które człowieko­wi przysługuje niezbywalnie, na mocy faktu, że jest po prostu tym, kim jest. By nie mogło powtórzyć się „homo homini” — w majestacie prawa. Oto sedno nowej Konstytucji. Oto do czego nas tutaj i dzisiaj zobowiązuje także tragiczna lekcja dziejów ostatniego pięćdziesięciolecia. Bez tego wpisu, podci­nającego korzenie totalitaryzmu, Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej epoki przełomu „Solidarnościowego” będzie wielkim błędem historycznym i etycz­nym. Formułując to samo w sposób pozytywny można rzecz sprowadzić do dokonania konstytucyjnego zapisu, który jednoznacznie zagwarantuje prawo do życia i rozwoju każdemu człowiekowi od chwili jego poczęcia do chwili jego zgonu. Zapis ten mógłby przyjąć postać formuły: Homo homini res sacra – homo homini homo. Formuła ta ma tę zaletę, że kojarzy się z jednej strony z tragicznym doświadczeniem czasu totalitarnego bestialstwa, z drugiej zaś nawiązuje do zasady wypowiedzianej przez wielkiego Rzymianina Senekę: „Homo homini res sacra”, zasady, która poprzez całe stulecia inspirowała najszczytniejsze inicjatywy legislacyjne.

CZŁOWIEK W OCZACH CZŁOWIEKA

Kim był człowiek w oczach człowieka, który zgotował człowiekowi taki los? Czy nie rywalem tylko, którego trzeba zniszczyć, by nie ograniczał jego „przestrzeni życiowej” (Lebensraum), nie zawężał jego „przestrzeni wolności” (Freiheitsraum)? A jeśli tak, to kim się staje — już z własnego wyboru — człowiek: jednostka, grupa, nawet demokratyczna większość w państwie, poprzez swą decyzję niewidzenia człowieczeństwa i jego godności w drugim człowieku?Wydaje się, iż pytania te, i aksjologia, z której wyrastają, nie mogą nie towarzyszyć tym wszystkim, którym przypada w udziale rola twórców nowej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej w tym właśnie dziejowym momencie, w którym niejako imperatywem chwili staje się podcięcie u samego korzenia totalitaryzmu. Diagnozę i terapię wskazała „Solidarność”: „2 + 2 musi być zawsze cztery”. Prawda nie może zależeć od niczyjej decyzji. Niepodległość sumienia — i człowieka, podmiotu sumienia — żyje z niepodległości prawdy. Próba poddania prawdy sumieniu to jego samobójstwo, jego najbardziej radykalna deprawacja. Oto o czym należy pamiętać, by przezwyciężyć totali­taryzm w jego najbardziej zawoalowanej postaci: w masce pozoru wolności sumienia! Nie może dziś więc chodzić nam tylko o zadeklarowanie aktem uchwalenia nowej Konstytucji formalnie suwerennego bytu państwowegoRzeczypospolitej Polskiej. Chodzić nam musi jednocześnie – a nawet przede wszystkim – o osadzenie tej Konstytucji na fundamencie takiej merytorycz­nej zasady, która w sposób ostateczny i konsekwentny wykluczy możliwość jakiejkolwiek infiltracji ducha totalitaryzmu – a raczej jego upiora – w obręb „ducha praw” Rzeczypospolitej Polskiej.

POMIĘDZY DECYZJAMI

Rzecz jasna, aksjologia ta mogła prowadzić tylko do jednej odpowiedzi, jaką Polska — w osobie swego ministra Józefa Becka — dała na żądanie Hitlerowskich Niemiec, żądanie, którego jedyną „racją” była potęga militarna III Rzeszy. Odpowiedź ta — pomimo świadomości wszelkich jej następstw — brzmiała: „Nie!”Czas pomiędzy tamtą decyzją sprzed 50 lat a chwilą obecną to epoka. To nie tylko czas zmagań o odzyskanie utraconej we wrześniu 1939 roku suwe­renności Rzeczypospolitej Polskiej, to także czas wielkiego testu prawdy o wartościach, zwłaszcza tych, które konstytuują człc Arieka jako człowieka i decydują o jego godności. Czy mocą swego wolnego wyboru człowiek może ustanawiać kryteria — swego i kogokolwiek bądź — człowieczeństwa oraz decydować, jakie prawa człowiekowi przysługują — czy też jego wolność to wolność wyboru poznanej prawdy o człowieku i jego godności? Nic bodaj tak nie odsłania i nie ujawnia istotnego rdzenia tej godności jak próba jej po­gwałcenia. Per opposita cognoscitur. Vide: Ecce homo! Nie bez powodu oznaczono dlatego jedno z pól bitewnych owych zmagań o godność człowie­czą pomnikiem o wymownym napisie: Homo homini. Napisie, który jest przecież zapisem sumienia, wyrazem aksjologicznej świadomości tamtego czasu, testem prawdy o godności człowieka.

REALISTYCZNE SPOJRZENIE

Realistycznie biorąc, jest to dzień jeszcze odległy, ale już dziś można gotować drogi do jego nadejścia. Kto pierwszy dostrzeże, że gdy tylko zacznie próbować ten pomnik ku czci Nienarodzonych budować, oni już dziś staną się jego chwałą? Czy tymi pierwszymi nie mogliby być, i czy nie powinni się nimi stać, ludzie z „Kraju, na którego żywym organizmie wyrósł Oświęcim” (Jan Paweł II) i dla którego już teraz sprawa nienarodzonych jest „najboleśniejszą raną” (Kardynał Karol Wojtyła)? Zdawał on sobie doskonale sprawę z ceny, którą Pol­ska musi zapłacić za „Nie!”, wypowiedziane pod adresem obu sąsiadujących z nią potęg totalitarnych. Nikt przecież nie mógł wówczas żywić najmniejszej wątpliwości, że ceną tą będzie utrata suwerennego bytu państwa polskiego. Nie ulegało jednak również wątpliwości, że cena ta to nieodzowny okup za coś, co jest od suwerenności państwa jeszcze ważniejsze. To „ważniejsze” — to moralna suwerenność ducha narodu, ocalenie niepodległości jego „duszy” (Rydz-Śmigły), jego niezbywalnego prawa do bycia wolnym w prawdzie, prawa rządzenia się wyłącznie mocą tego, co słuszne, i nie podlegania mocy nagiej siły, czyli po prostu przemocy. Totalitarnemu roszczeniu do priorytetu siły nad tym, co słuszne, zostaje przeciwstawiona – stojąca na straży nienaru­szalność wewnętrznego zobowiązania wolności człowieka do wyboru prawdy zasada pierwszeństwa tego, co słuszne, nad siłą. Plus rado quam vis. Oto hierarchia wartości wyłaniająca się jako odpowiedź na pytanie: „O co właści­wie chodzi?”