SYSTEMATYCZNA REALIZACJI

Mamy tu zatem do czynienia z systematycznie realizowanym — w warunkach pokoju — ludobójstwem, z masowym niszczeniem ludzi bezsilnych przez ludzi silnych. Czy więc ludzkość nie wkroczyła — bramą demokracji — w stadium nowej, permanentnej wojny ŚWIATOWEJ, KTÓRĄ LUDZIE URODZENI WYPOWIEDZIELI LUDZIOM NIE URODZONYM? Kończąc tę charakterystykę trzeba jednak — celem podsumowania — wrócić do jej początku. Wszak pośród wszystkich wymienionych momentów opisywanego tu ludobójstwa uwagę naszą cały czas przykuwa moment, który zespala je w jedną całość: jest nim właśnie — podjęta przez demokratycznie rządzące się państwo – próba uznania tego monstrualnego bezprawia za prawo, czyli próba jego możliwie najgłębszego zakłamania i przez to… zneu­tralizowania zawartego w nim zła. Prawo, które dotąd budziło w tym miej­scu ozdrowieńczy niepokój, nie będzie go odtąd wzbudzać, będzie go wyci­szać… Odtąd bowiem na całe to bezprawie państwo narzuca osłonę i godność ustawy, uchwalonej wedle wszelkich zewnętrznych reguł i rygorów formalnej poprawności, charakteryzujących wszystkie pozostałe instytucjonalne struk­tury demokratycznego społeczeństwa i państwa, czerpiącego – ciągle o tym pamiętajmy — cały swój autorytet stąd, że jest rzecznikiem i sługą sprawiedli­wości, czyli ministrem i rzecznikiem każdego na równi człowieka znajdujące­go się w obszarze jego jurysdykcji!

ZASADA SPRAWIEDLIWOŚCI

Wszak zasada sprawie­dliwości mająca zagwarantować wszystkim bez wyjątku — z racji przysługują­cej każdemu człowiekowi tej samej godności — równe szanse do życia i roz­woju, wyłania z siebie mocą swej logiki wewnętrznej postulat „równania w górę” najbardziej upośledzonych członków społeczeństwa, czyli sui generis „wyrównującego” promowania bezsilnych do poziomu silnych. Na ten prefe­rencyjny wobec najsłabszych, promujący najuboższych, charakter zasady sprawiedliwości zwrócił ostatnio w szczególny sposób uwagę ceniony po­wszechnie amerykański teoretyk państwa i prawa John Rawls, którego roz­prawa: A Theory of Justice (Teoria sprawiedliwości, 1971), nabrała światowego rozgłosu. Wraz z Rawlsem trzeba nam zatem dziś pytać: Ile warta jest de­mokracja, która problem promocji najsłabszych, najuboższych wśród ubo­gich, rozwiązuje w ten sposób, że ustawowo zezwala na ich usuwanie ze społeczeństwa drogą zalegalizowanego przez państwo masowego mordu? Kolejnym elementem charakterystyki zbrodni mordowania ludzi nie narodzonych są jej liczebne rozmiary. W ich obliczu zaczyna blednąc liczba ofiar obu ostatnich wojen światowych. Wystarcza spojrzeć na oficjalne dane roczników statystycznych poszczególnych państw. (Polska 25 milionów od daty legalizacji aborcji, 1500 osób dziennie).

RESPEKTOWANIE PRAW

Czyni się to co najwyżej z jakiejś innej, nieistotnej racji (że jest np. silny lub że przynależy do określonej grupy: rasy czy klasy, lub że jest do czegoś przydatny), w każdym jednak razie nie z tej racji, iż jest człowiekiem.Stąd też i respekt dla jakichkolwiek innych jeszcze praw człowieka jako człowieka — prawa do wolności nie wyłączając — zachowuje jakikolwiek rzetelny sens o tyle tylko, o ile zakłada jako swój nienaruszalny fundament absolutny respekt dla życia każdego z osobna człowieka, o ile więc opiera się na BEZWARUNKOWYM poszanowaniu prawa do życia każdego bez wyjątku.Na tym zresztą polega jego – tak dobitnie podkreślana przez papieża Jana Pawła II – tak zwana niezbywalność. Dlatego państwo, które zwalnia samo siebie od ustawowego chronienia życia każdego bez wyjątku człowieka, które co więcej, ustawowo godzi się na jego masowe niszczenie, które jeszcze gorzej, ustawowo organizuje sprzyjające jego niszczeniu warunki, dopuszcza się fundamentalnego bezprawia.Mało tego. Oto zło tkwiące w akcie tego fundamentalnego bezprawia ulega tu spiętrzeniu przez to jeszcze, że akt ów zostaje wymierzony przeciw kategorii ludzi, którzy w imię zasady sprawiedliwości, stanowiącej fundament demokracji, winni być objęci promocyjną ochroną ze strony prawa i prawo­dawcy w praworządnym państwie, jako że chodzi tu o kategorię ludzi skraj­nie bezbronnych i najzupełniej przy tym niewinnych.

SAMOBÓJSTWO DEMOKRACJI

Państwo i cała jego godność wywodzi się z godności tego, kogo ono jest tylko ministrem, czyli sługą. Rządzić państwem to służyć — za pomocą prawa — każdemu człowiekowi z osobna i wszystkim łącznie ludziom bez wyjątku — w obszarze zakreślonym jego jurysdykcją. Wszak powoła­niem państwa nie jest ostatecznie nic innego jak tylko: ochrona każdego ze swych obywateli z tej racji, że każdy z nich bez wyjątku jest po prostu tym, kim jest: człowiekiem. Lecz właśnie w imię jego ochrony, w imię ministerium wobec człowieka, państwo musi w pierwszym rzędzie zabezpieczyć jego życie, stanowiące dla niego fundamentalne dobro. Wszak człowiek jest tym, kim jest, człowiekiem, jeśli w ogóle jest, czyli żyje. „Viventibus vivere est esse” powiada św. Tomasz z Akwinu. Zabezpieczyć człowieka jako człowieka znaczy więc, przede wszystkim, zabezpieczyć jego życie. Absurdem byłoby proklamowanie zasady sprawiedliwości w charakterze podstawy demokratycznego ładu społecznego i podstawy wszelkiego demo­kratycznego prawodawstwa jako zasady afirmacji człowieka głoszącej: każde­mu z ludzi należny jest na równi bezwarunkowy respekt z racji bycia człowie­kiem, gdyby się w pierwszym rzędzie nie respektowało życia ludzkiego, chroniąc je ustawowo przed zagrożeniem ze strony kogokolwiek. Spojrzenie na konieczny związek respektowania człowieka z respektowaniem jego życia („Jeśli kto respektuje człowieka, to respektuje jego życie”) w świetle logiczne­go prawa kontrapozycji: (p > q) > (-q > -p), ujawnia z całą naocznością, że jeśli się nie respektuje bezwarunkowo życia każdego bez wyjątku człowieka, wówczas żadnego z ludzi nie respektuje się jako człowieka.

KONSTYTUCJA PAŃSTW

Wszak konstytucje państw zachodnich — owoc złożonego dojrzewania kulturowego i wielowiekowych zmagań — proklamują zgodnie jako oczywiste założenie swego porządku i ładu społecznego zasadę sprawiedliwości, czyli przeświadczenie o zasadniczej równości wszystkich ludzi w społeczeństwie. Konstytucje te piętnują jednocześnie jako wyraz radykalnej niegodziwości wszelkie próby dawania pierwszeństwa rzeczywistym co praw­da, lecz drugorzędnym tylko interesom jednych nad fundamentalnymi do­brami i prawami drugich”.Zło, jakie dochodzi do głosu w akcie demokratycznego państwa, które na podległym jego jurysdykcji obszarze postanawia ustawowo nie ingerować w masowy mord ludzi skrajnie niewinnych i zupełnie bezbronnych, co więcej, ustawowo stwarza dogodne opłacane z funduszu swych podatników warunki jego dokonywania, polega po prostu na uderzeniu, właśnie przez samo państwo, w to nadrzędne dobro, którego ochrona stanowi jego główne zadanie i jedyną rację jego istnienia jako państwa. Dobrem tym jest — każdy z osobna – człowiek. To on właśnie – każdy z osobna – określa również w sposób dopiero wystarczający kontekst dla ujawnienia w całej ostrości anatomii zbrodni, jaka wyraża się w akcie legalizowania mordu na najsłab­szym z ludzi: na maleńkim bezbronnym dziecku.

PRAWO DO KONTROLOWANIA

Społeczeństwo z kolei ma prawo kontrolować poziom liczeb­ności swej ludności — z uwagi na posiadane zasoby materialne czy ilość prze­widywanych miejsc pracy — w celu zagwarantowania swym obywatelom powszechnego dobrobytu. Istotnie, we wszystkim, co tu powiedziano, chodzi o rzeczywiste, uzasadnione prawa. Trudno też zaprzeczyć, iż bardzo często sytuacja, w jakiej dojrzewa decyzja dokonania aborcji, może być skrajnie dramatyczna. Tym niemniej nic nie zdoła przesłonić faktu, że wszystkie te  rzeczywiste prawa egzekwuje tu ktoś kosztem życia drugiego niewinnego człowieka, którego prawa do życia w ogóle nie bierze się pod uwagę. I tak widząc tylko swe własne prawo do wolności – sam czyni siebie ślepym na fundamentalne prawo drugiego człowieka, na jego prawo do życia, człowieka przy tym najmniejszego i najsłabszego, człowieka, który nie ma głosu. Prawa jednych egzekwuje się tu kosztem przekreślenia fundamentalnego prawa do życia drugich. Wszelka legalizacja aborcji zakłada więc – czy się to wprost stwierdza czy nie  jako swój niekwestionowany aksjomat przesłankę, że ostateczną racją prawa jest siła, czyli po prostu przemoc silnych nad bezsilny­mi! Tak oto w sposób najczęściej dla większości zgoła nie zauważony – acz rzeczywisty – zostaje brutalnie przekreślony sam fundament autentycznej demokracji, która przecież całe swe oparcie dla siebie czerpie tylko i wyłącz­nie z zasady sprawiedliwości.

WE WSPÓŁCZESNYCH SPOŁECZEŃSTWACH

Oto istotny fragment jego wywodu: „We współczesnych społeczeństwach, w których współistnieją obok siebie różnorakie orientacje religijne, kulturowe ideologiczne, coraz trudniej jest wskazać zespół zgodnie podzielanych przez wszystkich wartości etycznych, mogących stanowić wystarczające oparcie dla samej demokracji jako takiej. Z drugiej jednak strony staje się coraz bardziej wyraziste i stale się pogłębia przeświadczenie o niemożliwości zrezygnowania z jakiegoś bodaj minimum wartości moralnych powszechnie uznawanych i sankcjonowanych w życiu społeczeństwa. W imię jego przetrwania, w imię jego egzystencji po prostu. Kiedy jednak przechodzi się do wyznaczenia tego minimum w drodze konsensu, wówczas jego treściowa zawartość i zwartość staje się coraz bardziej chwiejna. I w końcu jedyną bezdyskusyjną wartością, jaka jeszcze pozostaje i zarazem przejmuje rolę jakby filtra dla przeprowa­dzenia selekcji wśród wszystkich innych, zdaje się być już tylko prawo wol­ności jednostki do własnego nieskrępowanego samo-potwierdzenia. W ten oto sposób również i prawo do aborcji zostaje proklamowane jako warunek sine qua non prawa wolności kobiety, mężczyzny i społeczeństwa w ogóle. Kobieta, twierdzi się, ma wszak prawo do wykonywania zdobytego przez siebie zawodu, do obrony własnej reputacji, i w ogóle do kierowania swym życiem wedle własnego projektu. Mężczyzna ma prawo sam decydować o profilu własnego życia, o swej życiowej karierze, ma prawo do satysfakcji z własnej pracy.

ZBIEŻNOŚĆ OPCJI

Skoro się jednak już tak stało, to — stawia się pytanie — czy ma dziś jakikolwiek jeszcze sens próbować odwracać bieg strumienia dziejów? Czy nie jest on nieodwracalny i czy jest rzeczą właściwą próbować go tu w Polsce odwracać? Czy jego kierunek nie został jednoznacznie zdeterminowany prawami rozwoju samej demokracji? „Moim zdaniem, cofnięcie ustawy o przerywaniu ciąży oznaczałoby regres w demokracji i powrót do «piekła kobiet» wraz ze wszystkimi konsekwencjami, jakie się z tym wiążą” – pisze np. publicystka E. Berberyusz. Istotnie, czy chcieć być dziś lepszym pod tym względem od demokratycznego Zachodu, nie znaczy stać się od niego gorszym przynajmniej o całe przywołane przez dziennikarkę „piekło kobiet” Boya-Żeleńskiego, często zresztą przypominane ostatnio w programach Polskiego Radia i Telewizji?A przecież znamienna zbieżność opcji w tym punkcie dwu tak odległych kulturowo i politycznie od siebie instancji — uległego dyktatorskiemu reżi­mowi Sejmu i zachodnich demokracji, daje dużo do myślenia. Skłania do refleksji nad aktualnym kształtem demokracji zachodniej i nad tym, w jakim stosunku stanęła ona dziś do zasad, z których wyrosła i do których skądinąd wciąż nie przestaje się odwoływać powołując się na sprawiedliwość, równość, wolność i braterstwo wszystkich ludzi. Tej właśnie sprawy — sprawy wierno­ści demokracji wobec swego własnego rodowodu — dotyka w swych dalszych refleksjach kardynał Ratzinger. matek poczętych dzieci. Lecz właśnie z tego powodu nie wolno też nie widzieć całości układu, w którym dokonuje się ten ludzki dramat

PRAWO EGZYSTOWANIA

Czyż po tylu namiętnych dyskusjach wokół sprawy legalizacji przerywania ciąży na Zachodzie, którą w końcu przeprowadzono na przestrzeni ostatnich piętnastu lat we wszystkich niemal krajach Zachodu, nie należałoby uznać całego tego problemu za sprawę definitywnie załatwioną i tak oszczędzić sobie rozniecania na nowo wygasłych już sporów ideologicznych? Dlaczego nie pogodzić się z poniesioną w tej walce porażką i nie zużytkować energii ludzkich dla takich inicjatyw, które mogą jeszcze liczyć na rezonans społecz­nego konsensu?” w Polsce słyszy się głosy wyrażające tę opinię: Przecież Sejm, mówi się, który przed 33 laty uchwalił ustawę aborcyjną, nikogo w tym kraju poza narzuconą Polsce przez Stalina partią nie reprezentował. Stąd i uchwała, którą tenże Sejm – słusznie nazywany niemym – podjął, nie hańbi sumie­nia narodu. Odpowiedzialność za nią obciąża wyłącznie rządzącą wówczas w dyktatorski sposób grupę oraz jej aktualnych spadkobierców. Był to gwałt zadany podmiotowości społeczeństwa. Ale ostatecznie, powiada się dalej, to samo, co na nas spadło ze strony dyktatorskiego reżimu, wprowadziły u siebie w jakiś czas potem także, i to w sposób zupełnie demokratyczny, a więc bądź w drodze uchwał parlamentarnych, bądź nawet w drodze plebiscy­tu, wszystkie bez mała demokracje zachodnie. Pod tym więc względem to właśnie rządzące się demokratycznie państwa Zachodu musiały dopędzić akt warszawskiego „Sejmu niemego” z roku 1956.

WYMIENIONE TROSKI

Do obu wymienionych trosk dochodzi jednak w obecnej sytuacji społecz­no-politycznej i kulturowej Polski jeszcze jedna, która nadaje im obu zupeł­nie szczególnej aktualności. Polska staje na progu demokracji. Ojej kształcie zdecydują sami Polacy. Będzie to ich wybór i ich wyłączna odpowiedzialność. Powstaje więc pytanie: Jaki kształt nadadzą swej demokracji mieszkańcy „kraju, na którego żywym organizmie wyrósł Oświęcim” (Jan Paweł II), gdzie z powołaniem się na demokratycznie uchwalone prawo dokonano mordu milionów osób? Polacy stają wobec zwielokrotnionej odpowiedzialności. Czy nie rozgrzesząjuż jutro tych, których wczoraj jeszcze sądzili jako oprawców? Chodzi o złożenie świadectwa wobec świata. Polska staje się znowu „ziemią trudnego wyzwania”. Czy Polacy dostrzegą zadanie, wobec którego stawia ich miejsce i czas, w którym żyją? I czy mu sprostają? Troska o to — obok zgło­szonych wyżej niepokojów przedstawicieli świata Zachodu — zainspirowała poniższe refleksje.Oddajmy najpierw głos kardynałowi Ratzingerowi: „Wysuwanie dziś sprawy absolutnego respektu dla życia człowieka dopiero co poczętego i jeszcze nie narodzonego jako rozstrzygająco doniosłej kwesdi jest — wedle opinii szeroko rozpowszechnionej w kręgacch konformistycznie myślących ludzi — czymś przesadnym i niestosownym, jeśli już wręcz nie drażniącym.