NIENARODZONY MIARĄ DEMOKRACJI

Z najgłębszej troski o kształt demokracji państw z kręgu cywilizacji atlantyckiej podnieśli ostatnio sprawę ustawowego zabezpieczenia prawa do życia człowieka poczętego wybitni przedstawiciele świata kultury i mężowie stanu na Zachodzie. Na forum Parlamentu Europejskiego w Strasburgu sprawę tę wysunął Nikolaus von Liechtenstein, książę Liechten­steinu. Do nowej wojny światowej, wypowiedzianej przez narodzonych niena­rodzonym, przyrównał akt legalizacji masowego mordu ludzi nie naro­dzonych znany w całym świecie profesor prawa, Norberto Bobbio, w czasie wielkiej manifestacji na rzecz pokoju zorganizowanej przed kilku laty w Mediolanie. Ustępujący zaś ze swego urzędu prezydent Stanów Zjedno­czonych Ronald Reagan złożył uroczyste oświadczenie w tej sprawie, nadając mu charakter przesłania do narodu, a zarazem żarliwego apelu do amery­kańskiego społeczeństwa i prośby o opamiętanie1. Z pozycji troski o życie człowieka nie narodzonego i zatroskania o dalszy los demokracji zachodniej przemawiał również kardynał Joseph Ratzinger do uczestników ogólnoeuro­pejskiego sympozjum: „II diritto alla vita e PEuropa” („Prawo do życia a Europa”), w rzymskim centrum „Augustinum” w grudniu 1987 r. W naszych rozważaniach chcemy nawiązać do treści niektórych wystąpień wymienionych mężów stanu, kierując się tymi samymi co i oni motywami: troską o przekreślone — demokratycznie uchwalonym prawem — prawo do życia człowieka nie narodzonego i troską o zagrożoną przez to śmiertelnie demokrację. Obie te troski są nierozłączalne.

ZAINTERESOWANI CISZĄ

Zabójcy są wszak zainteresowani ciszą i zacieraniem wszelkich śladów, które mogłyby przypominać istnienie ofiar mordu. Ale czy w śmiertelnej ciszy tego milczenia nie słychać głosu trwogi i głosu przestrogi? Tym ostatnim głosem przemawia właśnie etyka życia nie narodzonego. Z powodu tego głosu jest ona nieodzowna. W obliczu zagrożonego życia nie narodzonego człowieka etyk filozof woła: oszczędź! I dopowiada: siebie prze­de wszystkim! Ocal nie narodzonego, by ocalić siebie! By nie uśmiercać moralnie samego siebie! Natomiast etyk teolog nie może tu nie przypomnieć słów Chrystusa, słów, które mogą nie mniej fascynować, co przerażać: „Co­kolwiek uczyniliście jednemu z tych moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25, 40). To oni właśnie, ci najmniejsi, osądzą nas kiedyś w imieniu same­go Chrystusa. Na wstępie powiedziałem, że zamierzam ukazać konieczny związek pomię­dzy miłością bliźniego a obroną życia nie narodzonego. Droga do wykonania tego zadania okazuje się bardzo prosta i krótka. Obejmuje zaledwie dwa kroki: pokazanie, po pierwsze, że rzetelna miłość bliźniego, czyli afirmacja człowieka jako człowieka możliwa jest tylko poprzez afirmację jego życia jako wartości dla człowieka fundamentalnej, oraz pokazanie, po drugie, że czło­wiek nie narodzony jest po prostu człowiekiem. Jak widać stąd, cały właściwie etyczny problem poruszonej sprawy sprowadza się ostatecznie do jednego tylko, antropologicznego par excellence, problemu: nie narodzony to czło­wiek! Jest to unum necessarium naszej sprawy; jedyne, co tu trzeba i wystar­cza dojrzeć – i do czego tu trzeba i wystarcza dojrzeć. Oto dlaczego przy sprawie tej — choć oczywistej — warto i należy pozostać.

 

ZADANIE ETYKI

Etyka musi uczynić tu wszystko, by obnażyć i usunąć paradoks skrajnego zagrożenia życia ludzi ze strony skrajnie niebez­piecznych, gdyż „rozbrojonych” ignorancją z poczucia winy agresorów. Etyka musi zdecydowanie wystąpić w obronie tych, którzy ceną własnego życia płacą za ignorancję i niewinność swych zabójców. W przeciwnym razie etyka sprzeniewierzyłaby się temu, czemu ma służyć: afirmacji człowieka.Kiedy natomiast zabójca wie, co czyni, i mimo to czyni, co czyni licząc na przywileje, z których w tym przypadku korzysta skrytobójca lub na legalną niekaralność swego postępku, wówczas etyka musi wskazać za Sokratesem głównego poszkodowanwgo w całej sprawie. Cytuję słowa wielkiego Ateńczy- ka: „Szczęśliwsza jest ofiara mordu od swego oprawcy!” Nie można nikogo zabić fizycznie, nie współzabijając moralnie samego siebie. I nie skazując przez to własnego otoczenia, przede wszystkim swych najbliższych, na ko­nieczność obcowania na co dzień z zabójcą. Eliminując ze swego grona bez rozgłosu ludzi nie narodzonych, stajemy się sami społeczeństwem ludzi mo­ralnie umarłych. Komu bije dzwon? Czy rzeczywiście wcale i nikomu nie bije? Istotnie nie słychać dzwonu żałoby po tych, którzy odchodzą.

POTRZEBNE WYODRĘBNIENIE

To jednak, co z logicznego punktu widzenia nie domaga się wyodrębnie­nia, domaga się go w sposób szczególny z racji psychologicznych i pedago­gicznych, a to ze względu na szczególne zagrożenie człowieka nie narodzone­go ze strony człowieka narodzonego, a także ze względu na szczególne zagro­żenie w tym układzie — o czym się mniej pamięta — człowieka narodzonego ze strony samego siebie. Zatrzymajmy się więc jeszcze przez chwilę nad tym miejscem wyjątkowego diagnostycznego sprawdzenia swej moralnej wrażliwo­ściCzłowiek w stanie prenatalnym jest niemal niezauważalny i skrajnie bez­bronny. Nie umie się bronić nawet tym, czym na swój sposób broni się czło­wiek już urodzony, chociażby działając na zmysł wzroku i słuchu, na przy­kład płacząc. Pozostaje zdany zupełnie na wyobraźnię i na dobrą wolę tych, od których jest uzależniony. Można w nim wcale nie dojrzeć tego, kim w rzeczywistości jest: kimś, kogo należy afirmować dla niego samego. I można go zabić nie zdając sobie niekiedy sprawy, że się zabija i eliminuje człowieka ze społeczności ludzi. W przypadku tej – przerażającej skądinąd – niewie­dzy można go wtedy zabić nawet bez zaciągania winy, zabijając przecież człowieka. Innocens sed nocens! Oto więc powód i miejsce, gdzie głos mora­listy musi zabrzmieć szczególnie donośnie w imieniu bezbronnego człowieka milczącego w nim Stwórcy.

FILOZOFICZNY PUNKT WIDZENIA

Filozofia natomiast staje tu wobec dodatkowego problemu. Wychodząc ze stwierdzenia duchowości człowieka (co się ustala w sposób odrębny) musi domagać się dla jej wyjaśnienia bezpośredniego wkroczenia przyczyny współ­miernej do zaistnienia takiego skutku, jakim jest duchowe istnienie człowie­ka, i to wkroczenia jej właśnie w momencie, w którym istnienie człowieka ma swój początek, czyli w chwili poczęcia. Może to być więc tylko interwencja bezpośrednia Osobowego Absolutu Istnienia. Interwencja stwórcza par excel- lence. Oto dlaczego od momentu poczęcia nowego życia ludzkiego każdy, kto ma do czynienia z tym życiem, ma do czynienia z człowiekiem i jego Stwórcą. Wniosek końcowy naszych rozważań jest tedy następujący: z czysto logicz­nego punktu widzenia brak podstaw do budowania jakiejś etyki życia nie narodzonego odrębnej od etyki życia po prostu. Wszystko bowiem co doty­czy afirmacji — lub obrony — życia człowieka jako warunku sine cjua non afirmacji człowieka i Boga, odnosi się do życia człowieka tout court od chwili poczęcia aż do śmierci. Sam moment narodzin nie odgrywa tutaj istotnej roli. Jest to z zasady jedna i ta sama etyka respektu dla człowieka poprzez respekt dla jego życia: fundamentalnej wartości człowieka, oraz etyka respek­tu dla wyłącznego Dawcy daru życia: dla Osobowego Stwórcy.

JEDNORODNY PROCES

W odniesieniu do jednorodnego procesu, który ma charakter ciągły, zasada racji dostatecznie proces ten tłumaczącej wyklucza możliwość nie- sprzecznego zidentyfikowania tego procesu (jako tego właśnie) bez uznania, że jest on tym samym JUŻ w punkcie, w którym się zaczął i potem cały czas nieprzerwanie tym samym od punktu, w którym się zaczął. Otóż nie wydaje się, by trzeba było kogokolwiek przekonywać, iż życie człowieka to taki właś­nie ciągły proces. Ciągły i zarazem tożsamy, jednorodny, dzięki tożsamości swego podmiotu. Sprawę początku życia człowieka trzeba zatem odesłać — w imię logiki procesu — do chwili poczęcia. Z punktu widzenia biologii do­konuje się ono w momencie zjednoczenia plemnika z komórką jajową. Wszystkie inne próby umiejscowienia w czasie początku zaistnienia człowieka mają przeciw sobie zasadę racji dostatecznej, a wraz z nią zasadę niesprzecz- ności i tożsamości. Nauka empiryczna, jakąjest embriologia, daje nam bliższy opis poczęcia. Mówi o „jak” początku życia ludzkiego, potrafi go też dokład­nie umiejscowić w czasie. Nota bene: prawodawstwo chińskie i innych państw Dalekiego Wschodu w dniu urodzin zwykło rodzącemu się człowiekowi dopi­sywać rok życia.

NIEKONSEKWENTNE ZADANIA

Czyż więc na tym de nie trzeba uznać za drastycznie niekonsekwentne działania tych samych parlamentów, które — z powoływaniem się na niezby­walne prawo człowieka do życia — orzekają zniesienie stosowania kary śmier­ci w stosunku do przestępców (którym dowiedziono zbrodni) a równocześnie legalizują ustawowo masowe zabijanie ludzi skrajnie niewinnych i bezbron­nych, ludzi nie narodzonych? Trudno pomyśleć większy od tego absurd logiczny i etyczny! Zarzut ten można by wycofać tylko pod jednym warun­kiem. Zdecydować, że zabijany nie narodzony nie jest człowiekiem. Lecz na jakiej podstawie? Oto pytanie. Czy nie wyłącznie na podstawie nie liczącej się z prawdą przemocy narodzonych nad nie narodzonymi? Sugestia — zda się przerażająca. Czy jednak tak zwane plebiscyty nad ustawową dopuszczal­nością przerywania ciąży nie implikują w końcu, że głosujący samozwańczo uzurpują sobie moc rozstrzygania własną decyzją o tym, kto jest a kto nie jest człowiekiem? Tak oto dochodzimy do centralnego dla sprawy życia nie narodzonego pytania: Czy istnieje jakaś istotna różnica pomiędzy człowiekiem, który jeszcze oczekuje urodzenia a człowiekiem, który się już narodził? Nie ma żadnej istotnej różnicy. Z punktu widzenia bycia tym oto człowiekiem jest bowiem sprawą bez istotnego znaczenia, czy już żyjąc ma on chwilę swych urodzin jeszcze przed — czy już za sobą. Z tego punktu widzenia znaczenie istotne ma wyłącznie to, kiedy człowiek zaczyna istnieć i być tym oto człowie­kiem, kiedy się — innymi słowy — poczyna. Na to pytanie istnieje jedna tylko rozumna — to jest respektująca dane doświadczenia i logiki — odpowiedź: W momencie poczęcia.

AFIRMACJA ŻYCIA

Odtąd więc afirmacja życia staje się równocześnie „testem prawdy”, czyli sprawdzianem właściwego stosunku człowieka względem człowieka i względem Boga, sprawdzianem rzetelnej miłości i Boga, i bliźniego. Stosunek do życia ludzkiego staje się w sposób nierozłączalny miernikiem autentycznej moralności i religijności. Mówi św. Jan: „I każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, który życie od Niego otrzymał” (1 J 5, 1). Nie można tego chyba głębiej i zwięźlej wyra­zić.Należy odnotować, że współczesna proklamacja praw człowieka wydobyła na jaw – mocą logiki wewnętrznej – tę fundamentalną pozycję wartości życia względem wszystkich pozostałych wartości. Wyrazem tego jest często wysuwany — i w ustawodawstwach wielu krajów już realizowany — postulat zniesienia kary śmierci z powoływaniem się na tę właśnie „logikę dóbr dla człowieka”; nie można konsekwentnie bronić prawa kogokolwiek — zwłaszcza swego — do czegokolwiek jako prawa człowieka, jeśli się raz zakwestionowało w odniesieniu do kogokolwiek samą podstawę wszelkiego prawa człowieka do czegokolwiek: jego prawa do życia.

W TYM SAMYM MIEJSCU

W tym miejscu trzeba jednak uczynić jeden krok dalej. Analiza filozoficz­na ludzkiego istnienia ujawnia bowiem jego niekonieczność i przez to jego radykalną darmowość. Człowiek jest: zaczyna istnieć i istnieje, ponieważ jest darem. Czyim? Nie samych tylko rodziców, skoro ciągle jacyś rodzice bezrad­nie opłakują śmierć swych dzieci. Czyim więc? Tego, kto będąc Osobowym Absolutem Istnienia, jedynie mocen jest obdarować kogokolwiek innego osobowym istnieniem. Jedynie dzięki bezpośredniej interwencji stwórczej Osobowego Dawcy życia — człowiek zaczyna w ogóle być, i być człowiekiem. Człowiek zaczyna żyć i żyje jako ten, kogo Bóg stwórczo po imieniu wzywa ten, w kim go stwórczo po imieniu wzywa. Z tego stwórczego wezwania i spotkania człowiek po prostu Żyje jako teofania. Żyje uczestnicząc w — zarazem faktem swego życia ujawniając obecne w nim — Sacrum. Stąd też nie do Żydów dopiero, braci w wierze, lecz już do Greków mógł święty Pa­weł powiedzieć: „W Nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Z Bogiem więc ma do czynienia, kto ma z życiem człowieka do czynie­nia. Stwórca jest tam, gdzie człowiek jest! Oto dlaczego niemożliwe jest „tak” dla człowieka inaczej, jak tylko poprzez „tak” dla jego Osobowego Stwórcy, co ze swej strony nie może się wyrażać inaczej, jak tylko poprzez „tak” dla życia ludzkiego jako par excellence „Bożego daru”, daru, w którym uobecnia się sam Dawca życia in actu et in Persona.

NIEZBYWALNE PRAWO CZŁOWIEKA

Proklamacja niezbywalnych praw człowieka zatem, to przede wszystkim proklamacja nienaruszalności tego wszystkiego, na czym się ta jego godność zasadza: jego struktury bytowej; to innymi słowy – proklamacja absolutnej ważności i nienaruszalności moral­nego prawa naturalnego.Nie powinno nas tedy dziwić, że na liście niezbywalnych praw człowieka, to na poczesnym jej miejscu, figurują tak nieodmiennie: prawo człowieka do wolności sumienia i wyznania, czyli prawo do wierności własnym przeko­naniom, prawo do sekretu, z czym wiąże się absolutny zakaz zadawania tortur, a także, interesujące nas tutaj szczególnie, prawo człowieka do życia. Człowiek jest jednak tym, kim jest, o ile w ogóle jest; jest zaś, o ile — przynajmniej w wymiarach doczesnego świata — żyje. Viventibus vivere est esse — przypomina św. Tomasz z Akwinu. Dla istot żyjących żyć, to istnieć. Zycie okazuje się więc dla człowieka wartością podstawową. Jest tym dobrem, na fundamencie którego wznosi się cała „reszta”. Stąd też rzelelne „tak” dla człowieka, dla całej „reszty” dóbr dla człowieka i samego człowieka, możliwe jest tylko poprzez „tak” dla jego życia. Afirmacja życia jest, innymi słowy, warunkiem koniecznym afirmacji człowieka jako człowieka. Afirmacja życia ludzkiego staje się po prostu „testem prawdy” właściwego stosunku moralne­go człowieka do człowieka, czyli sprawdzianem rzetelnej, autentycznej moral­ności, rzetelnej miłości bliźniego.