WSKAZANIE NADRZĘDNOŚCI

Chodzi tylko o wskazanie nadrzędności kryterium moralności działania nad kryterium jego skuteczności, lub – inny­mi słowy — podrzędności skuteczności działania (techniki) względem moral­ności (etyki). Chodzi po prostu o pokazanie granicy, od której skuteczność obraca się przeciw osobie, ale zarazem granicy, DO której skuteczność działa­nia jest czymś, czego domaga się wręcz sama logika wewnętrzna afirmowania realnej osoby.Dokładnie to chce wyrazić podkreślana tak często w kontekście obrony praw człowieka ich niezbywalność. Cóż bowiem wyraża niezbywalność tych praw? Mówi ona: niemożliwa, lub zgoła iluzoryczna, jest afirmacja realnego człowieka bez efektywnej współ-afirmacji tego, co stanowi dobro człowieka tak istotnie związane z jego „być albo nie być”, że naruszenie tego dobra uderza wprost w samo sedno człowieczeństwa. Oto dlaczego normy moralne, których zadaniem jest chronić te tak istotne dla człowieka dobra i zabezpie­czać to, co tak dlań nieodzowne, muszą posiadać dokładnie tę samą moc wiążącą, jaką ma sama naczelna zasada etyczna – norma personalistyczna, a więc moc normy absolutnie, czyli bezwyjątkowo obowiązującej. Wszelka próba dopuszczenia wyjątku od normy takiego dobra chroniącej, musiałaby oznaczać przedsięwzięcie – z etycznego punktu widzenia – absurdalne: negację człowieka w imię jego afirmacji.

PROKLAMACJA PRAW CZŁOWIEKA

Opinia, konsens, nawet pod postacią jednomyślności, nie jest ani warun­kiem koniecznym, ani wystarczającym prawdy. Pomyślmy tylko o dniu, w którym Kopernik wbrew powszechnemu mniemaniu „wstrzymał Słońce a poruszył Ziemię”. Opinia jest jednak niebagatelnym wskaźnikiem prawdy, wskaźnikiem, którego nie można ignorować, zwłaszcza w sytuacji, kiedy daną prawdę usiłuje się na różne sposoby przesłaniać. Z tego punktu widzenia na szczególną uwagę zasługuje współczesna proklamacja godności osoby ludz­kiej. Wyraża się ona nader wymownie w narastającym w całym świecie ruchu obrony praw człowieka.Etyk widzi w tym ruchu przede wszystkim oznakę prawidłowej, ciągle zdrowej wrażliwości moralnej współczesnego człowieka — zważywszy zwła­szcza fakt ogromnej technicyzacji życia i jej naporu na ludzką świadomość. Zdumiewa tu wręcz oporność ludzkiego sumienia na pokusę redukowania moralności działania do samej tylko jego skuteczności. Człowiek jest tu ciągle osobą, nie rzeczą, kimś, kogo należy afirmować dla niego samego, kim nie wolno się nigdy — jak rzeczą — jedynie posłużyć.Czyżby to znaczyło, że w imię moralności działania należy w ogóle nie dbać o jego skuteczność? Bynajmniej!

DLACZEGO OBRONA NIENARODZONEGO

Założywszy zatem, że sprawa ta jest dla nas oczywista, można i trzeba uznać pytanie: Dlaczego afirmacja człowieka? – za pytanie po prostu zbędne, czyli retoryczne. Skoro tak, to pokazanie koniecznego związku logicznego pomiędzy afirmacją człowieka a obroną życia człowieka nie narodzonego winno zamienić pytanie: Dlaczego obrona życia człowieka nie narodzonego? również na pytanie retoryczne. Myślę, że pytanie to ma istotnie taki dla nas sens. Gdyby ono jednak dla kogoś takiego sensu nie miało, wówczas trzeba by wskazać i usunąć jedyny tego powód, jaki — przy założeniu perso­nalizmu — da się tu w ogóle pomyśleć: niedostrzeganie związku pomiędzy afirmacją człowieka a afirmacją człowieka nie narodzonego. Związek ten faktycznie nie zawsze jest przez wszystkich dostrzegany, niekiedy bywa wręcz negowany. To właśnie ujawnia etyczną wagę i moralną powagę pytania: Dlaczego obrona życia nie narodzonego? Na szczęście to, co sprawia, że pytanie: Dlaczego obrona życia nie narodzonego? jest problemem, wskazuje też wyraźnie drogę, na jakiej można skutecznie przezwyciężyć dochodzącą w nim do głosu trudność, samo zaś pytanie zamienić na pytanie retoryczne. W tym właśnie widzę — jako etyk — swoje zadanie. Droga do wykonania tego zadania jest prosta. Ma dwa tylko etapy: pokazanie, po pierwsze, że niemo­żliwa jest afirmacja człowieka bez afirmacji jego życia oraz, po drugie, że człowiek nie narodzony jest… człowiekiem. Zanim jednak wkroczę na tę drogę, chciałbym zwrócić uwagę na to, co w związku z tą drogą mówi współ­czesna proklamacja praw człowieka.

WEZWANIE DO REWOLUCJI

Wezwanie do rewo­lucji miłości, jako wezwanie do wyzwolenia w człowieku pełni człowieczeń­stwa, ma zatem niejako dwojakiego adresata w strukturze człowieka: centrum poznania i centrum wyboru, rozum i serce. Odpowiednio do tego „akusze- rzy” rewolucji miłości w człowieku — autorem jej musi się stać każdy z osob­na — mogą być bądź kapłanami „serca”, bądź kapłanami „światłych oczu dla serca”. Pomóc rozumowi dojrzeć prawdę, pomóc sercu dojrzewać w prawdzie to ich zadanie. Właściwa filozofowi — jako miłośnikowi i świadkowi praw­dy – odpowiedzialność to służyć dziełu wyzwalania się prawdy o człowieku, ° JeS° ..inaczej” i „wyżej”, w samopoznaniu. Nie dlatego, że samo poznanie tej prawdy już wystarcza, lecz dlatego, że jej poznanie konieczne jest dla tego, co dopiero wystarcza: móc ją właśnie czynić, czyli móc miłować. Oto także jedyny dla filozofa sposób głoszenia rzetelnego orędzia nadziei rzeczy­wistemu, a nie urojonemu człowiekowi.W tym, co zamierzam przedstawić, chodzi mi o pokazanie koniecz­nego związku pomiędzy obroną życia człowieka nie narodzonego a miłością bliźniego. Miłość bliźniego, zwana też afirmacją czło­wieka, stanowi istotną treść naczelnej zasady etycznej. Zasada ta — zwana przez Karola Kardynała Wojtyłę normą personalistyczną – głosi, że osobę należy afirmować dla niej samej, że innymi słowy — każdy ma w sobie samym wystarczający tego powód, by go afirmować.

 

POWRÓT DO PUNKTU WYJŚCIA

Odkąd mianowicie samemu człowiekowi przypisze się moc określania prawdy o sobie, moc tworzenia swej własnej istoty, odtąd niemożliwe jest dla człowieka sprzeniewierzenie się – aktem wyboru – prawdzie o sobie. Wszak każdorazowy akt wyboru powołuje do bytu nową prawdę o sobie. Odtąd więc niemożliwa w ogóle jest anty- miłość. Niemożliwa zresztą jest odtąd również i miłość jako akt wierności prawdzie odkrytej w aktach samopoznania. Wszak, według tej wizji człowie­ka, nie istnieje jakaś uprzednia w stosunku do aktu „twórczego sumienia” prawda, z którą można by i trzeba uzgadniać decyzje, czyny. Sumienie ma wszak za zadanie prawdę tę dopiero stworzyć, ma samo określić projekt człowieka: jego istotę i naturę, ma wręcz „powołać człowieka do istnienia”.Wróćmy jednak do punktu wyjścia. Jeśli droga do pełni człowieczeństwa to droga miłości i jeśli miłość to wybór prawdy o wielkości człowieka, prawdy danej w samopoznaniu, lecz wpisanej w byt człowieka i mierzonej ostatecznie przez jego Stwórcę, to najbardziej groźna dla człowieka forma samozagubie- nia umiejscowić się może na dwu niejako sprzężonych ze sobą poziomach: bądź na poziomie odkrywania prawdy o sobie, na poziomie aktu samopozna­nia, czyli na poziomie antropologii, bądź na poziomie czynienia prawdy, na poziomie aktu miłości, czyli na poziomie antropopraksji.

PRZESTRZEGANIE PRZED CZYMŚ

Równocześnie jednak przestrzega przed czymś, co nawet samemu Bogu zamyka drogę do człowieka i uniemożliwia udzielenie mu pomocy: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1,8). Co więcej, „jeżeli powiemy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go [Boga] kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1, 10). Jeśli ktoś sądzi, że nie czyni zła, że się nie sprzeniewierza Bogu, nie sprzeniewierza się prawdzie o  sobie, wówczas dodaje do własnego dramatu iluzję, coś, co jego dramat zamienia w tragedię. Nawet Bóg nie zdoła pomóc temu, kto pośród swej niemocy odcina się od Jego pomocy złudną wiarą, że pomoc ta nie jest mu wcale potrzebna. Czy można pomyśleć coś gorszego niż to? Wydaje się na pierwszy rzut oka, iż jest to dno, poniżej którego zejść już niepodobna. Tymczasem możliwe okazuje się coś jeszcze bardziej tragiczne­go: podsunąć człowiekowi taki obraz samego siebie, w świede którego zarów­no zło moralne, jak i poczucie winy, nieposłuszeństwa, a konsekwentnie potrzeba skruchy i nawrócenia stają się czymś nie tylko de facto, lecz de iure logicznie i metafizycznie – niemożliwym.

BY DRAMAT NIE STAŁ SIĘ TRAGEDIĄ

Zgodnie z tą wieścią Bóg stał się człowiekiem, gdyż dramat człowieka nie mógł się nie stać drama­tem samego Boga, skoro zaistnienie i istnienie każdego z osobna człowieka jest aktem nieodwołalnego daru miłości Boga wobec człowieka. Czyż Bóg mógłby wycofać swój dar nie przestając być Miłością? W perspektywie Miłoś­ci, która jest Absolutem, czyli miłością nieskończenie większą od próby Jej odepchnięcia ze strony człowieka — rozwiązanie jego dramatu staje się możliwe i realne. Jest tedy powód do nadziei! Czy jednak można dać wiarę wieści, że Bóg stał się człowiekiem? Druga rzecz wynika z pierwszej — jeśli ta pierwsza jest prawdą — i wska­zuje na konieczny ze strony człowieka warunek, aby propozycja pomocy Boga względem człowieka mogła dlań zaowocować. O tym właśnie warunku znów mówi z właściwą sobie celnością i zwięzłością — a przede wszystkim troską — św. Jan: „Dzieci moje, piszę wam dlatego, żebyście nie grzeszyli” (1 J 2, 1). Zwróciwszy uwagę na grzech jako na sedno dramatu człowieka, św. Jan ukazuje drogę wyjścia, sposób ocalenia: „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg będąc wiernym […] odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 J 1, 9). I dalej: „Mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa spra­wiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy”.

POWRACAJĄCY PROBLEM

Kult i kultura jako kultura duszy przynależą ściśle do siebie. Człowiek żyje i roz­wija się, czyli spełnia jako człowiek dopiero wtedy, gdy w sposób świadomy z wyboru trwa w osobowej więzi ze swym Osobowym Stwórcą i ze swymi bliźnimi.Docieramy do sedna sprawy człowieka. Człowiek żyje, „wypełnia się po samą człowieczeństwa górną granicę”, gdy miłuje. I umiera, „wyniszcza się po samą dolną”, gdy nienawidzi. „Przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłuje­my braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci” (1 J 3, 14-15). Głębiej i zwięźlej wyrazić tego niepodobna.Tak oto wraca problem ukazany już na wstępie. Skoro dla człowieka spełnić się albo nie spełnić to pochodna miłować albo nie miłować i skoro oczywistością dnia powszedniego jest, że raz po raz naszymi wyborami za­przeczamy miłości, to czy jedynym rozwiązaniem sprawy naszego losu nie jest ostateczne pogodzenie się ze swym „nie mogę” bez żadnej nadziei na jakąkolwiek zmianę?Nie miejsce tu na podjęcie tego problemu, lecz nie możemy i nie wolno się nam z nim rozstać bez zwrócenia uwagi na dwie rzeczy.Pierwszą jest owa niesłychana wieść o tym, że Bóg stał się człowiekiem, i zawarta w tej wieści nie mniej niesłychana — dla stojącego na krawędzi rozpaczy człowieka — odpowiedź, odpowiedź-niespodzianka na pytanie: Dlaczego Bóg stał się człowiekiem? Cur Deus homo? 

KAŻDY Z NAS

Odtąd każdy z nas, mając do czynienia z samym sobą i z drugim, ma zarazem — przede wszystkim — do czynienia z osobo­wym partnerem Osobowego Stwórcy w sobie i w drugich. Odtąd więc stosu­nek każdego do osobowej podmiotowości drugiego i do jego istnienia (życia) staje się dla każdego z osobna wykładnikiem prawdy miłości, czyli sprawdzia­nem jego osobowej więzi z §amym Osobowym Stwórcą, sprawdzianem nale­żnej Mu jako Stwórcy afirmacji: czci i wdzięczności za dar, quo maius cogita- ri nequit, ZA DAR osobowego istnienia. Kult religijny staje się przeto najgłęb­szym, ale i istotnym wyrazem oraz nieodłącznym postulatem moralnej kul­tury, testem jej dojrzałości, i vice versa: kultura moralna, której duszą jest międzyosobowa więź miłości, jest ze swej strony sprawdzianem autentyczności kultu religijnego. Ten bowiem tylko wielbi prawdziwie Stwórcę aktem czci wprost — czy sam, czy razem z innymi — kto potwierdza niejako tę cześć aktem czci Stwórcy nie wprost: uznając w każdym tę podmiotowość, którą sam tylko Stwórca obdarza wprost każdego człowieka czyniąc go dla siebie samego — a przez to dla każdego drugiego — osobowym partnerem. I uzna­jąc w każdym tę fundamentalną dla niego wartość życia, które może być i jest wyłącznie darem Absolutu Istnienia, Osobowego Stwórcy. Miłość Boga nade wszystko oraz miłość bliźnich są odtąd wewnętrznie nierozłączalne.

WDRAŻAJĄC PRAWDĘ

Ona to bowiem wyrażając „prawdę daru” Dawcy określa tym samym prawdę — i prawidło — jego przyjęcia ze strony przyjmującego. Prawda ta bowiem ujawniając osobową podmiotowość korelatów wydarzenia daru, o jaki tu chodzi, objawia zarazem ich istotnie radykalną nierówność. Oto dlaczego prawidło przyjęcia daru w jego prawdzie staje się — w odsłaniającym się tutaj układzie najgłębszych relacji międzyosobowych — jedynie właściwym i możliwym sposobem (warun­kiem sine qua non) afirmowania Osobowego Dawcy daru: takiego Dawcy i Dawcy takiego daru, czyli afirmowania Osobowego Stwórcy dla Niego same­go- Odnosi się to — mutatis mutandis — również do sposobu afirmowania tych wszystkich, o których się odtąd wie, że będąc tymi, kim są, a więc osobami, są nimi z daru Osobowego Dawcy. Odtąd „prawda daru” staje się prawidłem bliżej determinującym normę personalistyczną jako etyczną zasadę odnoszenia się osoby do 0(o)soby tout court. Skoro bowiem Osobowy Stwórca tak właśnie zdecydował człowieka stworzyć — tj. jako osobowy podmiot – i tak go też — jako własnego osobowego partnera — stworzył, to znaczy, że go też takiemu i jemu samemu, i zarazem każdemu drugiemu dał zadał do zaafirmowania.