DZIĘKI OSOBOWEJ PODMIOTOWOŚCI

Człowiek, będąc dzięki swej osobowej podmiotowości kimś tak godnym, nie przestaje być ani na moment — z racji sposobu swego istnienia — bytem przygodnym. Znaczy to, iż człowiekowi zostało dane w darze, iż jest. Znaczy to jednak, iż człowiekowi zostało dane w darze również to, kim jest: tak „inaczej” i „wyżej”. Znaczy to, innymi słowy, że także osobowa godność zostaje człowiekowi wraz z istnieniem dana w darze. Przygodność istnienia człowieka ujawnia radykalną darmowość całej jego istoty: jestem, i jestem, kim jestem, ponieważ nieustannie obdarza mnie mną stwórczo Osobowy Dawca.Oznacza to nie tylko, iż człowiek jest sobie samemu jako podmiotowi poznania dany i zadany jako zadanie poznawcze, jako ktoś do odczytania — nie do wymyślenia; nie tylko nawet, że jest sobie jako podmiotowi wolności dany i zadany do zaafirmowania wedle wpisanej weń wraz z bytem obiektyw­nej prawdy o sobie. Oznacza to nade wszystko, iż ostatecznie człowiek wtedy dopiero odnajduje siebie, swe własne „ja” i „ja” każdego drugiego, gdy odnajduje siebie samego jako kogoś, kto powinien przyjąć siebie samego jako dar — w całym tegoż osobowym dostojeństwie — od swego Osobowego Dawcy. Oznacza to oczywiście również, że przyjęcie to jest możliwe tylko i wyłącznie przez poznanie i uznanie do końca przez przyjmującego prawdyo    nim wpisanej przez Dawcę w jego własny byt.

WEWNĘTRZNA STRUKTURA

Już przeto sama wewnętrzna struktura dynamizowania się ludz­kiego „ja” — poczynając od aktu samopoznania — wikła to „ja” w koniecz­ność podejmowania wolnych wyborów i stanowienia o swym losie, skazuje go na konieczność samostanowienia o sobie, na istnienie dramatyczne. Człowie­kowi „pisane” jest być kowalem swego losu. Taki jest po prostu osobowy podmiot, że odkrywając sam siebie zawsze i tylko jako wezwany do więzi osobowej z drugimi spełnić się (siebie) może już jedynie i wyłącznie, gdy spełnia to wezwanie, gdy „czyni prawdę” o osobie, czyli gdy miłuje, gdy więź tę efektywnie nawiązuje aktami wolnego wyboru. Autonomia wezwana do komunii, samozależność wezwana do solidarności, „samotność” wezwana do miłości — oto imię człowieka. „O człowieczeństwo, które możesz być wypeł­nione po samą swą górną granicę — lub wyniszczone po samą dolną. Jaka jest odległość tych granic”? — pyta poeta. Oto odpowiedź: Jest to odległość oddzielająca miłość od jej zaprzeczenia. Tylko i wyłącznie akty miłości mogą być aktami samospełnienia. Tylko i wyłącznie miłość jest drogą do pełni sa­moidentyfikacji. Człowiek scala się, konsoliduje wewnętrznie i utożsamia się do końca jako człowiek, gdy „czyni prawdę w miłości”; gdy jednoczy się ze wszystkimi na bazie afirmowania w nich tego, przez co są tym, kim są, a więc na bazie prawdy ich człowieczego bytu. Człowiek stwarza sobie szanse samo­spełnienia tylko wtedy, gdy stwarza innym szanse ich samospełnienia. Gdy zaś im je zabiera, przekreśla je dla siebie, co gorsza — przekreśla sam siebie.

POD GROŹBĄ

Co więcej, podmiotowość „ja” ujawnia się tu jako „skazana” na czyn miłoś­ci także pod groźbą strukturalnej autokatastrofy. Zauważmy: odkąd podmiot SAM się związał (poznawczo) prawdą powinności afirmowania każdego „ja” dla niego samego i przez to sam ukonstytuował niejako warunek sine qua non swej samoidentyfikacji, znajduje się w matni: odtąd odmowa spełnienia tego związania przez tenże sam podmiot aktami wolnego wyboru prowadzi nieuchronnie do samobójczego rozbicia strukturalnej spójności swego własne­go podmiotu, prowadzi do rozłamu sięgającego samej głębi „ja”. Odmowa oznacza tu bowiem akt nieuznania wyborem, aktem wolności, tego, co pod­miot już sam UZNAŁ I NADAL uznaje aktem poznania. Próba ucieczki w neutral­ność, w jakąś aksjologiczną próżnię, „poza dobro i zło”, poprzez wstrzymanie się od działania jest tu niemożliwa. Poniechanie działania jest wszak decyzją, a zatem jest także wyborem. Człowiek „przebudzony” samopoznaniem skaza­ny jest zatem na wybór. Wybierać musi. W jego mocy nie leży wybierać albo nie wybierać. Od niego wyłącznie zależeć będzie natomiast to, co wybierze jakiego czynu będzie autorem i jakich swoich dziejów stanie się wyłącznie odpowiedzialnym podmiotem: dziejów samospełnienia czy dziejów samo­zniszczenia.

KROK W STRONĘ SAMOIDENTYFIKACJI

Samozwiązanie się prawdą o sobie stanowi dla „ja” węzłowy krok w stronę dzieła samoidentyfikacji, dzieła tego „słowo pierwsze”. Zanim nie nastąpi to samozwiązanie się prawdą o „ja” pod postacią samowezwania do afirmowania każdego drugiego „ja” dla niego samego, „ja” bytuje poniekąd w stanie jeszcze nie-rozpoznania-samego-siebie, poniżej swej podmiotowej struktury, w stanie nieprzebudzenia. Samopoznanie przechodzące w samozwiązanie to moment narodzin „jeszcze-nie-ja” do „ja”. Człowiek budzi się jako człowiek, gdy odkrywając siebie — tu przypomnijmy Sokratesa, by wyjść poza Sokrate­sa — odkrywa w sobie samym każdego drugiego jako godnego afirmacji dla niego samego: godnego miłości. Lecz nawet takie samopoznanie nie stanowi jeszcze pełni samoidentyfika­cji. Wręcz przeciwnie, „ja” rozpoznając samo siebie zawsze i tylko w samo- wezwaniu do miłowania każdego innego „ja” odsłania się sobie właśnie jako nie spełnione, właśnie jako wezwane — i to samozwiązaniem — do samospeł- nienia. Odtąd więc samospełnienie możliwe jest już tylko przez spełnienie samowezwania do miłowania drugich. Droga do pełni samoidentyfikacji „ja” jako „ja” – i przez to do pełni bytu człowieka – prowadzić może już wyłącz­nie poprzez efektywną miłość. „Ja” spełnia się do końca, gdy „czyni prawdę w miłości”. Ostatnie słowo człowieka w sprawie swej samoidentyfikacji musi przybrać postać czynu miłości.

W GŁĘBSZY SPOSÓB

Podejmowane odtąd wolne wybo­ry będą wszak zapadać zawsze w horyzoncie metafizycznej prawdy przema­wiającej głosem samozwiązania podmiotu do określonego czynu. Oto dlacze­go konkretny akt wyboru podmiotu będzie odtąd z konieczności aktem przy­jęcia bądź odrzucenia uznanej już aktem poznania prawdy o sobie, czyli wyborem w „potrzasku prawdy” i, tym samym, wyborem „w matni dobra i zła”, wyborem dobrego lub złego użycia wolności. Odtąd więc sam podmiot na swą własną odpowiedzialność: za siebie i przed sobą — będzie pisał swe własne dzieje swymi czynami: wolnymi wyborami. On sam zdecyduje o kształcie swych dziejów przez kształt swych „dzieł”, czyli czynów. Poeta dopo­wie: „Śpiew dziejów spełniają czyny zbudowane na opokach woli”. Będą to dzieje „udane” bądź chybione, dzieje samospełnienia bądź dzieje samorozbi- cia, w zależności od tego, czy podmiot będzie ją pisał prawdą o sobie czy fałszem; czy metafizyczną prawdę swego bycia przełoży aktami swego pozna­nia i wolności na swe dzieło, czy prawdę metafizyczną swego osobowego bytu uczyni do końca prawdą swych osobowych i osobistych dziejów.

PRZEDMIOT SWYCH DZIEJÓW

„Ja” jako podmiot samoodkrycia i związanego z tym samozwiązania spra­wia m.in., że przedmiot jego poznania, bytujący dotąd jako podmiot metafi­zyczny, suppositum personale, staje się odtąd podmiotem swych własnych dziejów, subiectum personale, staje się aktorem swego własnego dramatu, personae dramatis persona. Poznanie jest wszak aktem osoby, jej dziełem, actus personae. Poznanie zaś mające za przedmiot własne osobowe esse poznającego sprawia, że ujawniona w tym poznaniu prawda ludzkiego bytu (prawda metafizyczna) staje się odtąd nie tylko właściwością sądu podmiotu ze względu na jego zgodność z poznawaną rzeczywistością (prawda logiczna), lecz zarazem „własnością” samego konkretnego podmiotu, który ów sąd wydaje. W tym właśnie podmiocie metafizyczna prawda jego osobowego bycia (esse) uzyskuje swój dziejowy wyraz, żywy kształt osobowego wydarze­nia, nie przestając być przez to — w najmniejszym stopniu — prawdą bez­względną, absolutną. Tylko zresztą pod tym warunkiem prawda dziejowa godna jest nadal miana prawdy.Prawda ta zresztą w jeszcze głębszy sposób ujawnia swój dziejowy wymiar. Wszak podmiot wydając odnośny sąd nie tylko poznaje prawdę o sobie, lecz równocześnie sam siebie tą prawdą wiąże i przez to sam siebie niejako rozbu­dza do zupełnie nowej roli wobec siebie: do wzięcia odpowiedzialności za samego siebie, do odpowiedzialnego podejmowania decyzji w świede pozna­nej i uznanej (poznawczo) prawdy o sobie.

WEWNĘTRZNE ZWIĄZANIE

Afirmacja drugiego „ja” nie może nie obejmować przede wszystkim res­pektu dla jego własnego wewnętrznego związania (samozwiązania), czyli zobowiązania do posłuszeństwa obiektywnej prawdzie. Afirmacja ta musi szczególnie wziąć pod uwagę ewentualny dramat drugiego „ja”, związany z jego nieposłuszeństwem tej prawdzie. Notabene, inne „ja”, nie inaczej jak moje względem innych „ja”, musiałoby się stać także wrogiem samego siebie, gdyby nie odniosło się do mnie jako do swego drugiego „ja”, gdyby nie traktowało mnie „jak siebie samego”. Dla drugiego „ja” jestem zatem na mocy tego, kim jestem i kim ono jest w sposób najbardziej radykalny bliźnim. Nigdy rywalem.Cała tedy głębia a zarazem imperatywność sensu zwrotu „dla niego same­go” w wyrażeniu „powinność afirmowania drugiego dla niego samego” pły­nie ostatecznie nie stąd, że struktura ludzkiego „ja” polega po prostu na samozależności od siebie, lecz raczej – i dopiero stąd, że jest to samoza- leżność konstytuująca się i konstytuowana przez samouzależnianie się „ja” – mocą własnych aktów poznania — od prawdy o rzeczywistości, w tym szcze­gólnie o rzeczywistości własnego „ja”, która to prawda, jak i sama rzeczywis­tość od „ja” nie zależy. Oto dlaczego prawda o samowiązaniu się „ja” prawdą o  „ja”, nawet jeśli nie wyczerpuje całej prawdy o podmiotowości człowieka, jest tej prawdy pars maior et melior.

W AKCIE POZNANIA PRAWDY

Znaczy to, że dopiero samoprzekraczanie siebie w akcie poznania prawdy staje się dla podmiotu tego aktu warunkiem wystarczającym bycia tegoż aktu podmiotem; warunkiem wystarczającym własnej tożsamościjako podmiotu poznania. Z warunkiem tym sprzeczna jest jakaś czysta samozależność w poznaniu, postulująca dla podmiotu moc (s)twórczego kształtowania prawdy rzeczywistości i zamykająca go przez to w obrębie — niczym w gorsecie — jego własnej immanencji. Wszystko to zaś dotyczy szczególnie poznania prawdy o rzeczywistości swego własnego „ja”, zwłaszcza zaś prawdy o sposobie poznania siebie, czyli o  sposobie wiązania siebie aktami poznania siebie, o czym – jak o fakcie – mówi sumienie. Poznanie tego zupełnie osobliwego „stanu rzeczy” staje się więc dla podmiotu wiązaniem siebie prawdą zupełnie osobliwą: wiązaniem samym sobą siebie przez siebie, samowiązaniem par excellence. Co więcej, to samowiązanie musi się z konieczności wyrazić samowezwa- niem podmiotu do afirmowania również każdego innego „ja” w ten sam sposób jak własne „ja”, czyli afirmowania każdego „ja” dla niego samego. W przeciwnym bowiem razie „ja” nie tylko by się rozminęło z prawdą o sobie, lecz sprzeniewierzyłoby się „ja”: każdemu innemu, w sposób zaś szczególny “ jak jeszcze zobaczymy – swemu własnemu. Uderzałoby po prostu w struk­turę „ja”. „Ja” dokonując aktu samopoznania popada – na mocy autotran- scendencji w prawdzie — w pułapkę prawdy o każdym innym „ja”, odkryw- szyjąjako prawdę o swym własnym „ja” i w swym własnym „ja”.

PRAWDA JEST DZIEŁEM

„Ja” nie jest jedynie podmiotem, z którym lub w którym tylko się coś dzieje. Jest podmiotem osobliwym przede wszystkim przez to, że sam działa. Zaczyna zaś działać w sposób osobowy już wtedy, gdy poznaje. Choć bowiem akt poznania jest „miejscem”, z którego obiektywna prawda niejako sama przemawia do podmiotu, miejscem, w którym prawda ta podmiot osacza, wiąże go sobą i przez to uzależnia od siebie, to jednak głosu tego użycza prawdzie zawsze i tylko sam podmiot, a czyni to właśnie swym własnym aktem poznania. Akt poznania staje się miejscem objawiania się prawdy, miejscem jej „dziania się” i „wydarzania” dla podmiotu, lecz sam ten akt jest dziełem podmiotu. W tym zatem sensie „ja”, poznając, samo się wiąże praw­dą o rzeczywistości, samo się od niej uzależnia. Dotykamy tu jednego z podstawowych wyznaczników właściwej człowiekowi samorządności, czyli autonomii. Chodzi o jej warunek konieczny. Z drugiej przecież strony prawda nie jest dziełem poznającego podmiotu. Jego dziełem jest tylko jej poznanie. Owszem, podmiot o tyle tylko jest w stanie odnośny akt w ogóle wyłonić i o tyle tylko umie go zaakceptować jako swój akt, o ile może go zidentyfikować jako akt poznania, czyli jako akt sa- moprzekraczania siebie aktem samouzależnienia siebie od niezależnej od siebie – chociaż ujawniającej mu się wyłącznie w jego własnym akcie – prawdy. Dotykamy tu tej racjonalności, z której „ja” nie umie zrezygnować nie rezygnując z samego siebie.

SPOSÓB TRAKTOWANIA

Właśnie moje „ja” nie pozwala mi traktować siebie w sposób, w jaki wolno mi traktować tylko coś, co jest poniżej „ja”, czyli „nie-ja” — rzeczy, które nie są zdolne do posiadania swych przeświadczeń; nie są zdolne do tego, by się wiązać „od środka” poznawaną przez siebie prawdą. Ale też dlatego „inaczej” mego „ja”, odkryte w samym sobie, ujawnia mi zarazem i powód, i miarę, według których należy mi traktować również każde inne ,ja”, „ja” każdego drugiego. Odkrywając więc w sobie prawdę o „inaczej” swego „ja”, odkry­wam ją po prostu jako prawdę dotyczącą każdego „ja”, czyli jako prawdę UNIWERSALNIE WAŻNĄ.Odkrywając zaś w sobie prawdę o tym, że „inaczej” mego „ja” jest zara­zem jego „wyżej”, odkrywam eo ipso sposób bycia i działania, który mnie obowiązuje w stosunku do każdego innego „ja” tak samo, jak w stosunku do własnego „ja”, czyli odkrywam uniwersalnie ważną normę afirmowania każ­dego „ja” dla niego samego, normę miłowania każdego drugiego właśnie tak, „jak siebie samego”, normę – strażniczkę chroniącą „ja” jako „ja”. Jako – wprowadźmy to słowo — osobę. Nie wolno mi dokonać gwałtu na czyjejkol­wiek podmiotowości, na czyjejkolwiek osobie, tak samo — i z tego samego powodu – jak mi jej nie wolno gwałcić w samym sobie, na własnej osobie.Normę tę Karol Wojtyła nazywa normą personalistyczną, przyznając jej w ślad za wielką tradycją – rangę naczelnej zasady etycznej. Z ujawnionej tu zatem perspektywy poznania człowieka, z perspektywy jego „inaczej” i „wyżej”, etyka rodzi się dokładnie tam, gdzie rodzi się antropologia.