DLA NIKOGO

Dla nikogo nie ulega chyba kwestii, że „przedmiotem przetargu” nie jest tu sama rzecz, np. czy czarne jest białe, lecz uwikłany w nią przez jej poznanie kon­kretny człowiek, konkretne ludzkie „ja”: jego być albo nie być samym sobą. Dlaczegóż to jednak przeświadczenie o rzeczy musi tu przyjąć postać sądu: powinienem uznać i wyznać prawdę, sądu, który jest sądem o samym sobie nie przestając być zarazem sądem o rzeczy? I dlaczego czyn sprzeczny z własnym przeświadczeniem nie może nie być czynem autonegacji? I samosprzeniewie- rzeniem? Dlaczego? Oto pytanie! Ale czy nie retoryczne? Czy nie jedno z tych, które wyrażają poznawcze olśnienie człowieka samym sobą, fascinosum, i zarazem lęk człowieka przed sobą samym o siebie, tremendum; a także zdumienie nad „miejscem” ujawnienia swego „inaczej”: nad własnym sumie­niem? Jeśli tak, to znaczy, że poznania i uznania swego własnego „inaczej” i „wyżej” nikomu dłużej wykazywać nie trzeba. Nikomu też nie trzeba dowo­dzić, iż to „inaczej” wiąże się wprost z jego wnętrzem, z jego podmiotową strukturą. Jest to „inaczej” — i zarazem „wyżej” — ludzkiego „ja”.

DOSTRZEGANIE POWINNOŚCI

Gdyby więc ktoś nie dostrzegał powinności afirmowania drugiego dla niego samego, byłby to znak, że nie dostrzega jego „inaczej” pośród rzeczy tego świata. Czy nie byłby to zarazem znak, że dotąd nie zobaczył owego „inaczej” również w tym człowieku, którym sam jest? Nie zobaczył samego siebie, jeszcze nie odkrył w sobie swego „inaczej” pośród rzeczy tego świata. Nie zobaczył „inaczej” człowieka w tym człowieku, w którym jest ono najłat­wiej widoczne. Nie zobaczył samego siebie w samym sobie.Czy można jednak przypuścić, by ktoś nie był w stanie dostrzec „inaczej” człowieka jako człowieka w sobie samym, skoro korzysta w tym przypadku z tak wybornej szansy poznania? Czy jest w ogóle do pomyślenia, by ktoś do tego stopnia mógł żyć niejako obok samego siebie, na zewnątrz siebie, by nigdy nie stanął na scenie swego wnętrza jako aktor — i zarazem świadek — swego własnego dramatu, by miała i mogła ominąć go szansa zmagania się z samym sobą o siebie? Czy możliwa jest tu pomoc? Pomoc inna niż ta, którą sugeruje Sokrates? Pomyślmy, że oto ktoś usiłuje wydobyć ze mnie oświadczenie sprzeczne z mym własnym przeświadczeniem. I postawmy pytanie: Dlaczego taki czyn stanowiłby nie tylko akt negacji przedmiotu mego przeświadczenia, nie tylko akt negacji własnego przeświadczenia, lecz zarazem — i nade wszystko — akt negacji podmiotu tego przeświadczenia, czyli akt negacji samego siebie; akt, który podjąć mogę, lecz którego nie wolno mi podjąć, którego podjąć abso­lutnie NIE powinienem? I skąd — na podstawie czego — o tym wiem?

OSOBY I CZYNY

„Właśnie — pisze Autor Osoby i czynu — sumienie ujawnia tkwiącą w wol­ności człowieka zależność od prawdy. Zależność ta jest… podstawą samo-za- leżności osoby jako wolności w jej zasadniczym znaczeniu — wolności jako auto-determinacji. Wraz z tym jest ona także podstawą transcendencji osoby w czynie. Transcendencja osoby w czynie to nie tylko samozależność, zależ­ność od własnego ja. Wchodzi w nią również moment zależności od prawdy i moment ten ostatecznie kształtuje wolność. Nie realizuje się ona bowiem przez podporządkowanie sobie prawdy, ale przez podporządkowanie się prawdzie”.Przejawia się to z całą wyrazistością w sumieniu.„Funkcja sumienia bowiem polega na określaniu prawdziwego dobra w czynie i na stworzeniu wraz z tym powinności. Powinność jest doświadczalną postacią zależności od prawdy, której podlega wolność osoby”.Dlaczego nie poddawanie sobie prawdy, lecz poddawanie siebie prawdzie o sobie jest panowaniem sobie, samopanowaniem i zarazem przekraczaniem siebie ku drugim, czyli miłością? I dlaczego urzeczywistnianie tej miłości staje się samospełnianiem? Uzyskaniem pełni samego siebie, pełni swej tożsamo­ści?

UKAZANY TYP CZŁOWIEKA

Sądzę, że ukazany tu typ myślenia — stwarzającego imitacje nadziei na imitacjach czy wręcz falsyfikatach prawdy — jest jednym z głównych czynni­ków tworzących i pogłębiających współczesny kryzys człowieka. Nie zamie­rzam podejmować tu wprost krytyki tego stanowiska, ale jego negatywna ocena wynikać będzie pośrednio z przedstawienia problemu człowieka jako problemu miłości, z ukazaniem kluczowej roli, jaka w jego optyce przypada doświadczeniu transcendencji prawdy w aktach poznania właściwych m.in. ludzkiemu sumieniu. Chodzić mi będzie tu o ukazanie ścisłego powiązania aktu miłości człowieka jako aktu samospełnienia z prawdą bytu ludzkiego oraz ze sposobem jej ujmowania przez człowieka w aktach jego samopozna- nia. W tej optyce czyn miłości jawi się jako słowo ostatnie człowieka w spra­wie swej tożsamości, ale zarazem jako słowo, którym człowiek wypowiada do końca tylko swe pierwsze o sobie samym słowo: prawdę swego samopozna- nia. W dalszej części artykułu chciałbym — idąc śladem Karola Wojtyły – ukazać tę drogę człowieka ku pełni samoidentyfikacji. Będzie ona drogą wyzwalania się w człowieku pełni człowieczeństwa przez poddawanie się prawdzie o sobie.

KRYZYS CZŁOWIEKA

Odpada tu więc z zasady potrzeba odkrywania prawdy o sobie przez samopoznanie. Odpada też obowiązek i trud dochowania jej wierności aktem najtrudniejszym ze wszystkich: czynem, będącym tejże prawdy wyborem, czynem miłości. Odpada „czynienie prawdy w miłości”. Kryzys człowieka nie będzie odtąd polegał na zagubieniu siebie wskutek nierozpoznania samego siebie ani – tym bardziej – na sprzeniewierzeniu się samemu sobie przez „nie” aktem wolnego wyboru dla odkrytej w sobie prawdy o sobie, a więc, że ciągle nie dość „tak” dla tego, kim się w swym zapisie bytowym jest „od początku”, że nie dość w człowieku miłości. Kryzys polegać będzie odtąd na braku oryginalnego wymyślania siebie, „myślenia w przyszłość”, na braku „twórczości sumień” („kreatywnej świadomości”) w projektowaniu siebie, na braku pomysłowości w kreowaniu „prawdy” o sobie. Tylko bowiem taka „prawda” liczyć się może w perspektywie ludzkich nadziei. Odtąd ocalenie człowieka, jego nadziei, nie będzie polegać na tym, że człowiek „wraca do siebie”, do swego „początku”, że się nawraca, że się odpoznaje i wybiera siebie, lecz na tym, że swój początek sam określi, że go powoła do istnienia. Rewolucję miłości, rozumianą jako wybór prawdy wpisanej w byt człowieka, a odkrytej dzięki samopoznaniu, zastąpi rewolucja samos tworzenia, rewolucja autokreacji, (s)twórczości. „Człowiek taki tworzy się sam, do istnienia powo­łuje go jego własne sumienie”.

WSZELKA PRÓBA

Wszelka więc próba zlokalizowania problemu nadziei poza kontekstem: „móc miłować” oznacza zepchnięcie problemu na bezdroża. Oznacza fałsz już w samym jego stawianiu, wykluczający z góry możliwość trafnej odpowiedzi. Propozycjami rozwiązań takiego pseudoproblemu mogą się jeszcze intereso­wać jedynie ci, którzy dawszy kredyt słowu „nadzieja” nie kontrolują jego znaczenia. Inna rzecz, że słabość ludzka — wspomagana powierzchownością myślenia — była, jest i zawsze będzie łatwym łupem piewców złudnych na­dziei. Łatwo jest ulec pokusie dania wiary tym, którzy zdają się gwarantować człowiekowi bardziej atrakcyjną i zarazem krótszą drogę do pełni samego siebie; drogę, która ma mu właśnie zaoszczędzić owego — skrajnie trudnego „móc miłować”.Jedną z takich dróg jest droga niezwykle zwodniczej gdyż prawie nie­zauważalnego, eliminowania prawdy z miłości i — konsekwentnie — z na­dziei. Zwodniczość operacji polega na podstawieniu pod słowo „prawda” znaczenia, które jest zaprzeczeniem jej potocznego znaczenia. I na pozosta­wieniu… słowa! Ma to swój efekt. Słowo, które dotąd znaczyło „odkrywać siebie”, znaczyć ma odtąd „kreować siebie”. „Konstatować prawdę o sobie” znaczy teraz „konstytuować prawdę o sobie”. Podmiot odnośnego aktu staje się z odkrywcy prawdy o sobie jej twórcą. Zostaje obwołany autokreatorem. Droga do kreacji samego siebie staje się jedyną do… wyzwalającej prawdy o sobie!

DAĆ NADZIEJĘ CZŁOWIEKOWI

Czy nie usprawiedliwiają wręcz jakiejś ostatecznej, rodzącej rozpacz niewiary w samego siebie, skoro właśnie one ukazują mu jego własny status egzystencjalny jako naznaczony absurdem i — co gorsza — przez siebie same­go spowodowany, więcej — ciągle nadal przez siebie samego powodowany, ciągle bowiem na nowo wybierany? W tej właśnie perspektywie węzłowy dla sprawy tożsamości człowieka problem: miłować albo nie miłować, przechodzi w problem-dramat: móc albo nie móc miłować. Odtąd: móc albo nie móc być samym sobą to pochodna: móc albo nie móc miłować. W tej też postaci problem miłości staje się pytaniem, z którego pozytywnym rozwiązaniem człowiek dopiero może wiązać to wszy­stko, co odtąd już zasługuje wyłącznie na nazwę problemu samoocalenia, zbawienia i na miano jedynej dla człowieka nadziei. Nadziei na miarę rze­czywistego człowieka, na miarę prawdy o człowieku. Dać nadzieję człowieko­wi to dać mu nadzieję na samoocalenie, a dać mu nadzieję na samoocalenie to dać mu nadzieję na: móc miłować, móc wybrać prawdę o sobie, móc wybrać czynem współmierną na nią odpowiedź. Nie ma dla człowieka innego problemu nadziei, jeśli słowo „nadzieja” ma nie kłamać, jeśli ma nie być użyte po to, by zasłonić człowiekowi dokładnie to, co winno mu przede wszystkim odsłonić: drogę do „móc miłować”.

Z TEGO SAMEGO POWODU

Z tego więc samego powodu, dla którego nie można zdjąć osobowej odpowiedzialności z tych, którzy usiłują innych zamknąć w gorsecie systemu, nie można jej także zdjąć z tych, którym gorset ten zostaje zaoferowany. Oto dlaczego najbardziej radykalne zagrożenie człowieka pochodzi ostatecznie od niego samego, ze strony jego wolnego wyboru, wyboru negacji prawdy o godności człowieka, czyli ze strony negacji miłości. Popaść w najbardziej radykalny kryzys to wybrać nieprawdę, niemiłość i trwać w niej. Przy tej sprawie chcemy się tu zatrzymać.Otóż smutną oczywistością doświadczenia, któremu w imieniu nas wszyst­kich przejmujące świadectwo składa Owidiusz swym: video meliora proboque deteriora sequor (widzę i aprobuję to, co dobre, czynię zaś to, co złe), jest, że człowiek raz po raz wybiera tę antymiłość, że dokonuje śmiercionośnych aktów rozbicia swej tożsamości. Sama więc logika problemu samoidentyfikacji prowadzi nas do kolejnego, centralnego dla sprawy człowieka pytania: Czy w obliczu tych tragicznych faktów — skoro są i skoro są tak częste — nie trzeba człowiekowi wyciągnąć wniosku, że nie ma on w sobie samym dość mocy, by wybrać miłość, czyli dość mocy, by wybrać i udźwignąć w niej sa­mego siebie, ciężar i cenę swej tożsamości? Amor meus – pondus meum. 

NIEODŁĄCZNY SPOSÓB BYCIA

Jest nią także próg – nieodłączalnego wręcz od same­go człowieczego sposobu bycia – pytania: Kim jestem naprawdę? Próg pyta­nia, które jest niezbywalnym prawem człowieka i zarazem osaczającą go wciąż znienacka powinnością. Kto nie zechce przeoczyć i zlekceważyć tego progu, zachowa należną powściągliwość w operowaniu takimi kategoriami pojęciowymi, jak: „człowiek systemu” czy „zniewolony umysł” – ten, który rzekomo „musi” zniewalać, i ten, który „musi” ulec zniewoleniu. Wykaże też odpowiednią ostrożność zarówno w przerzucaniu winy za wszelkie zachowa­nia jednostek na tzw. struktury, jak i — odpowiednio — w usprawiedliwianiu aktualnego postępowania poszczególnych osób wyłącznie brakiem określo­nych warunków zewnętrznych. Nawet najbardziej wyrafinowany system dez­informacji i przemocy nie jest władny sam przez się zawładnąć człowieczeń­stwem, podmiotowością kogokolwiek. Zniewolenie, do jakiego zmierza, musi przybrać postać aktu zgody danego podmiotu na działania zniewalające, postać aktu samozakłamania i samozniewolenia. Akt kapitulacji wobec aktu przemocy jest wciąż jeszcze aktem wolności. Poza tym tzw. system przemocy nie „staje się” nigdy sam przez się, lecz jest dziełem określonych, konkret­nych osób ludzkich, i w swym powstaniu i trwaniu.

ZWODZI I WODZI

Zwodzi i wodzi mocami jej własnej energii. Manipulowany nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest obiektem ukrytych strzelców, że ktoś oddziałuje zdalnie na jego wybory przez kształtowanie jego świadomości. Jest przekonany, że sam o sobie stano­wi, że kieruje się prawdą. Wybiera nie wiedząc, że wybiera to, co już za niego i dla niego ktoś inny wybrał. Taki „rząd duszami” możliwy jest zwła­szcza dla tego, kto zdołał w swym ręku zmonopolizować masowe środki przekazu.Często jednak ośrodki zdalnego sterowania ludźmi nie umieją sobie za­pewnić spodziewanej skuteczności oddziaływania na ich wybory drogą same­go tylko kształtowania ich przeświadczeń. Uciekają się wtedy do bardziej bezpośredniego — a przez to bardziej jawnego — sposobu manipulowania ludzkimi decyzjami. Są to groźba lub obietnica: groźba pozbawienia człowie­ka wartości niezbędnych dla jego egzystencji i normalnego rozwoju lub obiet­nica zdobycia ich w ułatwiony sposób. Formy i zasięg stosowanego tu — alternatywnie czy łącznie – przekupstwa lub terroru mogą być najrozmait­sze. Wspólne im obu jest to, co je różni od metod manipulowania za pośred­nictwem informacji: obie rezygnują z osłaniania prawdy jej pozorami.Nie wolno nie widzieć i nie doceniać wagi tych zewnętrznych, pośrednich źródeł zagrożenia tożsamości człowieka. Trzeba jednak dostrzegać również nieprzekraczalną granicę ich zasięgu. Jest nią próg ludzkiej wolności, owo: „możesz, nie musisz”.