AKT MIŁOŚCI

Jeśli jednak akt miłości jest aktem wyboru prawdy o człowieku, prawdy uprzednio rozpoznanej, to w takim razie sprawa samospełnienia człowieka może być zagrożona już na poziomie jego samopoznania, a to wskutek błęd­nego ujęcia prawdy o sobie samym. Błąd w samopoznaniu to coś, co ma miejsce — podobnie jak akt miłości — w samym podmiocie, w jego wnętrzu. Lecz ten, kto błądzi, nie wie, że błądzi. Błądzący jest raczej ofiarą błędu niż jego autorem, zupełnie inaczej aniżeli w przypadku miłości, kiedy to sam podmiot decyduje się na wybór lub odrzucenie poznanej przez siebie prawdy o    człowieku. Miłość może być wyłącznie dziełem samego podmiotu. Nato­miast błąd może mieć swe źródło poza nim samym, może być „dziełem” kogoś z zewnątrz. Nie musi się przy tym wiązać z zaniedbaniem osób odpowiedzial­nych za szerzenie oświaty i wykształcenia, z brakiem dopływu odnośnych informacji, z ich „niedomiarem”. Niekiedy może się wiązać z ich „nadmia­rem”. Człowiek może się stać obiektem zamierzonej dezinformacji. Dezinfor­macji za pośrednictwem informacji. Niekiedy z góry zaplanowany system indoktrynacji podsuwa mu w sugestywny sposób przeróżne półprawdy o człowieku w przebraniu wyzwalającej go prawdy. Jest to najskuteczniejszy sposób manipulowania człowiekiem. Wykorzystuje on bowiem do maksimum jego dobrą wolę. Korzysta z rozpędu jej dynamiki.

EPIZOD Z ŻYCIA ARTYSTY

Czyżby to był znowu tylko „epizod z życia artysty” czy też chodziło o zamierzone położenie wszystkiego „u stóp” osoby, by w ten sposób wywołać błysk olśnienia: Zobacz kim jesteś, skoro jesteś tym oto dla mnie! Jest zatem wiele światła. Lecz światło to nie usuwa mroków tajemnicy, poszerza raczej jeszcze jej ogrom. Czy mroków tych nie pozostawiono programowo, by osłonić nadal tajemnicę osoby mimo objawienia jej godności do niewiarygodnych rozmiarów? I czy nie uczyniono tak dlatego, że usunięcie wszystkich mroków musiałoby oznaczać zabranie człowiekowi szansy największego daru, jaki może drugiej osobie dać lub od niej otrzymać: daru wiary?„Gdyby chciał przemóc upór najzatwardzialszych, mógłby to uczynić obja­wiając się im tak oczywiście, iż nie mogliby wątpić o prawdzie Jego istoty […] Nie w taki sposób chciał się ukazać w swoim łaskawym zjawieniu; ponieważ tylu ludzi okazuje się niegodnymi Jego łagodności, postanowił ich zostawić bez dobra, którego nie chcą. Nie było tedy słuszne, aby się objawił w sposób oczywiście boski i bezwarunkowo zdolny przekonać wszystkich ludzi; ale też nie było słuszne, aby przybył w sposób tak ukryty, aby Go nie mogli poznać ci, którzy szukają Go szczerze. Dla tych chciał być doskonale łatwy do pozna­nia. […] Dość jest światła dla tych, którzy pragną widzieć, a dość ciemności dla tych, którzy trwają w przeciwnym usposobieniu”.Istotnie, jeśli szansa miłości jest największą szansą człowieka, to Autorytet najlepiej go znający i wykazujący maksimum troski o jego dobro, nie mógł mu zabrać możliwości składania d(D)rugiemu najpiękniejszego i najtrudniej­szego zarazem daru, na jaki jedynie miłość umie — a nawet pragnie — się zdobyć: daru wiary. Taki autorytet mógłby być wszystkim innym, nie byłby jednak Miłością.

BEZ CIENIA WĄTPLIWOŚCI

By nie zostawić cienia wątpliwości, jak należy rozumieć odpowiedź: „Tak, jestem królem”, dodaje zaraz: „Jam się po to narodził i po to na świat przyszedł, aby dać świadectwo prawdzie”. Jakiej prawdzie lub raczej prawdzie o kim? I w jaki sposób dawał to świadectwo? Lektura Ewangelii pod tym kątem widzenia może stanowić wielkie zaskocze­nie. Czy zaskoczenie to jest niespodzianką, czy rozczarowaniem? Objawiciel okazuje się niezmiernie wstrzemięźliwy w udoskonaleniu naszej wiedzy na temat osoby. Niewiele nowych szczegółów powiedział nam najej temat, pozo­stawił nam nadal mroki ukrywające jej tajemnicę. Czyżby chciał, byśmy pod tym względem pozostali nadal zdani na nasze własne niedoskonałe poznanie? Równocześnie zdumiewał świadczeniem człowiekowi gestów, mogących wzbu­dzić lęk wobec czci i troski, jaką okazywał ludziom: Czy nie narażał swego autorytetu kładąc się do stóp Judasza, aby mu nogi umyć? Zupełnie też nie pamiętał o swym autorytecie, kiedy oczekiwano od niego autorytatywnej odpowiedzi na temat, kto jest bliźnim. Przypowieść o miłosiernym Samaryta­ninie eksponuje do tego stopnia autorytet powinnościorodny osoby, że znika wręcz w jej cieniu autorytet opowiadającego.

RADOSNA NOWINA

Ktoś, kto stwórczo, a więc bez reszty zna osobę i zarazem ktoś, kto ją stwór­czo, a więc bez reszty afirmuje, rację i przedmiot moralnej powinności, staje się w każdym razie Autorytetem — najwyższym z możliwych — dziedziny moralności. Autorytetem quo maior cogitari non potest. Filozofowi, śledzące­mu tropy istnienia osoby w poszukiwaniu ostatecznego źródła powinności moralnej, wydaje się również zdumiewające odkrycie tego Autorytetu, jak i Jego milczenie.Chyba żeby uwierzyć „pogłosce”, którą chrześcijanie nazywają radosną nowiną? Zgodnie z tą „niewiarygodną” wieścią Bóg objawił się ludziom staw- szy się człowiekiem. Po co to uczynił? Cur Deus homo? Całe wydarzenie, o które chodzi staje się zrozumiałe w kontekście wyżej postawionych pytań. Istotnie, Bóg objawia się człowiekowi, by człowiekowi objawić człowieka, by mu objawić jego godność w perspektywie tego, co Bóg gotów był uczynić dla jej ocalenia. Całe wydarzenie „Verbum caro” to podjęta przez Boga próba ukazania, ile warta jest w sobie samej osoba ludzka, skoro taką wartość przedstawia dla Boga, to próba dania człowiekowi świadectwa legitymującego się najwyższym autorytetem. Chrystus proklamuje sam w różny sposób tenże autorytet, niekiedy w formie niezwykle uroczystej, jak w oświadczeniu: „Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi” lub udzielając w rozstrzygającym o    jego życiu momencie odpowiedzi na pytanie Piłata: „Czy ty jesteś królem?”, równocześnie autoryzuje sam wykładnię tego, jak rozumie swój autorytet i sposób jego funkcjonowania.

ABSOLUT JAKO AUTORYTET MORALNY

Dlaczego więc obdarza je osobowym istnieniem? Quia Deus bonus est, nos sumus. Sw. Augustyn chce powiedzieć, że nasze istnienie zawdzięczamy dokonanemu w absolutnej wolności aktowi samoudzielającej się, czystej, bezinteresownej miłości Absolutu Osobowego Istnienia. Jego stwórczej afir­macji. Jedynie bowiem taki „motyw” tłumaczy niesprzecznie od strony Abso­lutu fakt istnienia osobowego. Ten, który nas nie potrzebuje, by istnieć, potrzebuje nas, by móc nas darzyć miłością. Zapewne, wszystkie te określenia urągają swą przybliżonością rzeczywistości, którą chcą wyrazić. Cóż jednak robić, jeśli nas tylko na takie stać? Tym niemniej, nawet sylabizując tylko nieudolnie ich sens, nie możemy nie doświadczyć wstrząsu na myśl, przez Kogo jesteśmy i jak jesteśmy afirmowani. I jaki Autorytet ukrywa się w cie­niu tajemnicy osoby, czyli, przez jaki Autorytet ostatecznie staje się ona i jest autorytetem moralnie prawodawczym. I kogo afirmujemy ostatecznie afir- mując osobę wraz z całą jej tajemnicą sięgającą najgłębszego wymiaru. I tak oto stajemy wobec Kogoś, kto zna i przenika bez reszty tajemnicę każdego osobowego istnienia i kto ją w każdym szczególe jej wewnętrznego krajobra­zu bez reszty afirmuje. Czyż nie mógłby nas uzdolnić do wejścia głębsze­go w te znane mu światy i usunąć nam przez to powstałe z niedoskonałości rozpoznania trudności ich afirmowania? Czyż nie byłby sam zainteresowany tym, by było przez nas wszystkich afirmowane to, co On stwórczo afirmuje?

MYŚLENIE KATEGORIAMI NAUKI

Myślenie katego­riami nauki wpaja nam postawę przeciwną. W nauce nie udziela się kredy­tów ani się ich od nikogo nie oczekuje. Zasadnicza możliwość sprawdzenia, kontroli, stanowi rozstrzygające kryterium przyjęcia i uznania sądu. Chodzi bowiem o to, by nie paść ofiarą iluzji. I słusznie. Oby jednak obawa niepo- padnięcia w iluzje, rozciągnięta na relacje międzyosobowe nie sprawiła, że przejdziemy obok szans jedynych dla drugich i dla nas samych, szans, od których urzeczywistnienia zależeć będzie, czy życie nasze warte było życia. Refleksja etyka nad autonomią sumienia i autorytetem osoby prowadzona w ramach refleksji nad powinnością moralną nie musi i nie może się nawet w tym miejscu zakończyć. Etyka nie może bowiem zdumiewać fakt, że feno­men powinności moralnej związany z fenomenem osoby ma w końcu tak kruchą podstawę jak ona sama: jej przygodne, zwiewne istnienie. Czy przy­godność tego istnienia nie jest rodzajem najbardziej dogłębnego zakwestiono­wania jej godności? Czy nie obnaża bez reszty jej pozoru i nie otrząsa nas z jednej z największych iluzji? A może przygodność ta wskazuje nadspodziewa­nie na pomost wiążący przygodnie istniejącą osobę z Absolutem Osobowego Istnienia, ponieważ tylko takie Samoistne Istnienie Osobowe jest w stanie niesprzecznie tłumaczyć fakt, że osoby raczej są niż nie są oraz że będąc są właśnie osobami! Aby być i być sobą, osoby potrzebują Absolutu Osobowego Istnienia, który przecież nie potrzebuje obdarzać ich istnieniem, aby być sobą.

CZYN AFIRMACJI

Czyn afirmacji osoby uznaliśmy za coś, co jest należne osobie ze względu na jej godność. Tym niemniej nie przestaje on być darem. Tłumaczy się to wolnością osoby-sprawcy. Nie musi ona, może nie dać tego, co dać osobie powinna. Wolność tę zachowuje osoba-podmiot w całym obrębie moralnej powinności niezależnie od tego, czy to, co powinne jawi się jej w danej sytua­cji jako oczywistość wiedzy, czy tylko jako „oczywistość wiary”. Nie pozostaje to jednak bez wpływu na sam charakter daru, jakim jest czyn afirmacji oso­by. Jego jakość zmienia się w zależności od tego, czy sytuacja, w jakiej jest podejmowany, zbliża się do pierwszego, czy też do drugiego z dwu wyżej wymienionych biegunów. Testem jakości tego daru od strony dawcy będzie zapewne miara wysiłku, jaki gotów był włożyć w akt afirmacji. Od strony zaś osoby obdarowanej testem tym może być chyba głębia uszczęśliwienia nie tylko z powodu obdarowania, lecz również — jeśli nie przede wszystkim — z powodu samego faktu, że „cud” takiej wiary w miłości lub takiej miłości w wierze był możliwy. „Beata es, quae credidisti!” Istotnie, nie można tu prze­oczyć, że dając w akcie wiary drugiemu największe szanse, na jakie nas stać, stwarzamy je w nie mniejszym stopniu dla siebie. Odmawiając zaś tych szans drugim, wypuszczamy bezwiednie z rąk coś, co jedynie jest w stanie usensow- nić nasze własne życie. Łatwo odwyknąć od dawania wiary.

ZAJMOWANA POSTAWA

Zajmując postawę afirmacji musimy się zatem liczyć z możliwością niespo­dzianek i przyjąć z góry ryzyko wiary. Drugi może nas ciągle zaskoczyć ocze­kując od nas przyjęcia go w sytuacjach, w których nie będzie w stanie przed­stawiać nam żadnego argumentu dla usprawiedliwienia czegoś, co jest i może być dla niego jedynie znane i dostępne jako oczywistość jego własnego świa­ta. W sytuacjach takich osoba staje wobec osoby zupełnie bezbronna, rozbro­jona z racji. Może liczyć wyłącznie na wiarę, nie dając żadnych nadziei na to, że je z czasem przedstawi. Czas przyszły niczego nie wyjaśni i nie ułatwi, a teraźniejszość może wręcz na wszelkie sposoby dostarczać racji przeciw uwie­rzeniu. Jakie racje mogła przedłożyć Miriam, by zamienić z czasem wiarę Józefa w wiedzę lub bodaj ułatwić mu jakoś tę wiarę? Cała natura urągała tej wierze. Jakiego wysiłku było trzeba, by urąganie to nie tylko nazwać podziwem, lecz uznać za zdumienie? „Tu quae genuisti natura mirante tuum sanctum genitorem!” I przyjąć Miriam za swoją małżonkę. Tę wiarę mogła ułatwić Józefowi jedynie… wiara w Miriam. Niezależnie od tego, co by ktoś sądził na temat realności tworzywa, stanowiącego tkaninę tej uroczej i nadzwyczajnej opowieści, nikt nie zaprzeczy, że jest ona paradygmatyczną opowieścią o zwyczajnych stosunkach międzyludzkich domagających się od ludzi raz po raz nadzwyczajności, której wymaga konsekwencja wobec postu­latu afirmacji osoby lub zasady spolegliwego opiekuństwa czy jak jeszcze spodoba się komuś miłość osobową nazwać. Nadzwyczajności tej na imię jest wiara, zaufanie.

WYCZUĆ TAJEMNICĘ

Tajemnicę tę można wyczuwać patrząc na przykład na twarz drugiego, jedyną, niepowtarzalną. A przecież i ona jest bardziej welo­nem przesłaniającym wewnętrzne oblicze — aniżeli „oknem na świat” — drugiego. Świat ten pozostaje zakrytym krajobrazem. Nasze poznanie, oparte na porównywaniu, nie jest w stanie dotrzeć do tego, co nie jest do czegokol­wiek innego przyrównywalne po prostu dlatego, że jest jedyne. Jest właśnie osobno. Czy nie w tym kierunku chce nas wieść i zaniepokoić intencja zna­czeniowa polskiego słowa osoba? Pod tym względem jest to przypadek języ­kowy bodaj unikalny. W filozofii pod tę tajemnicę osoby podprowadził nas najbardziej chyba M. Buber, który widząc niemożliwość poznania drugiego „z imienia”, postulował mimo wszystko konieczność zajęcia wobec niego postawy „przejścia na ty”, choćby to się miało dokonywać tylko od czasu do czasu i na mgnienie oka i nawet za cenę maksymalnego wysiłku, by w ogóle coś ująć z rzeczywistości drugiego i — poprzez to także — własnej. Czy nie Buber właśnie naprowadza nas na właściwą wykładnię metafizyczną transcen­dentalnej „jedności” bytu? Każde istnienie jest jedyne. Ale jeśli tak, to każda z osób jest tajemnicą nieprzeniknioną dla drugiego. Obcowanie z osobą jest obcowaniem ze światem tajemnicy. I dlatego także zaafirmować drugiego znaczy zaafirmować go wraz z jego tajemnicą. Nie zaafirmować go wraz z nią musiałoby oznaczać negację afirmacji drugiego jako osoby. Znaczy to jednak także, że zaafirmować drugiego do końca można jedynie przekraczając grani­cę tego, co w nim poznawalne i kontrolowane. Nie tymczasowo tylko, lecz na zawsze. Afirmować drugiego poza granicą poznania można więc tylko wiarą. Tylko tak jest możliwe przyjęcie Nieznanego w akcie afirmacji. Nie ma miłości bez wiary, nie widać też, jak byłaby możliwa tu wiara bez miłości. 

REJONY ISTNIENIA

Eksplorowała ona mianowicie rejony istnienia osobowego podatne na uniwersalizację. I w tym aspekcie wywiązy­wała się doskonale ze swego zadania. Dzięki temu dysponujemy jasnymi i wyraźnymi pojęciami o tym, co w osobie decyduje ojej nadrzędnej pozycji wśród pozostałych bytów, widzimy lepiej cechy, dzięki którym osoba wkracza w „królestwo wsobnych celów”, stanowi „aliquid perfectissimum in entibus” bądź też „affirmabile propter seipsum”. Są to mimo wszystko pewne „minima rozpoznawcze”. Nie można nie docenić ani nie podkreślić ich doniosłości także dla moralności: dostrzec już od tej strony w drugim kogoś, to tyle, co doświadczyć „rzeczy” istotnej. Oznacza to doświadczyć powinności afirmowa­nia go dla niego samego. A nie jest to zgoła mało. Równocześnie jednak temu rodzajowi wiedzy o osobie grozi niebezpieczeństwo jakiegoś zrównania „w dół”, czyli zaabsorbowania przez „glajchszaltujące” poznanie uniwersalne dokładnie tego, co dopiero wprowadza w głębię osobowego istnienia i mo­głoby najpełniej wyrazić osobę, gdyby było w ogóle myślowo ujmowalne i wyrażalne. Rzecz w tym, że to coś wymyka się pojęciowemu ujęciu i wysło­wieniu. Już Tomasz z Akwinu kazał nam się zatrzymać w tym miejscu. Jego „InefFabile” to jakby przestroga, że stajemy na prógu tajemnicy każdego z osobna drugiego, przy czym każdy dla siebie nie stanowi pod tym względem również wyjątku, chociaż sam raz po raz doświadcza w sobie spraw innym nie przekazywalnych.