ŻADNA ZE STRON

Żadnej ze stron nie wolno nadto ani chcieć, ani oczekiwać od drugiej, by przyjęła jej punkt widzenia za cenę sprzeniewierzenia się własne­mu sumieniu. Oznaczałoby to przecież chcieć sprzeniewierzenia się jej włas­nej godności osobowej i tym samym osobowej godności po prostu. „Zyska­nie” jej za taką cenę oznaczałoby jej utratę nierównie większą od tej, gdy w imię wierności własnemu sumieniu mówi nam ona „nie” i deklaruje się „przeciwko” nam. Któż jednak nie widzi dramatu w tym, że ludzie najlepszej woli w imię afirmacji osobowej godności człowieka czują się przynagleni, owszem, moralnie zobowiązani do zajęcia pozycji po przeciwnych stronach barykady: jeden np. jako misjonarz ateizmu, drugi jako apostoł religii? A przecież tego — i podobnego — typu barykady ciągle wyrastają pomiędzy ludźmi, stanowiąc w mniejszym lub większym zakresie tkaninę stosunków międzyludzkich. Nie są wolne od nich nawet wielkie przyjaźnie. Czy zatem proponowane przez nas rozwiązanie nie sprowadza się do tego, że antyno­mię autorytetu i autonomii zamienia się na antynomię: autonomia — autono­mia lub, co w końcu na to samo wychodzi, na antynomię: autorytet — auto­rytet (osoby)? Czyżby więc sumienie mogło ludzi tylko rozdzielać, zamiast ich jednoczyć? Byłoby ukrywaniem i lekceważeniem najbardziej chyba bolesnych drama­tów międzyludzkich, gdybyśmy ich możliwość i faktyczne występowanie usiło­wali umieścić przy pomocyjakiegoś teoretycznego wybiegu w świecie zdarzeń pozornych.

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply